sobota, 10 marca 2012

JEDZ, módl się, kochaj - Elizabeth Gilbert

Pozwoliłam sobie zamiescić w ramach tego kulinarnego wyzwania książkę Elizabeth Gilbert, która conajmniej w jednej trzeciej traktuje o jedzeniu. Nie znajdziemy tu żadnych przepisów, ale opisy włoskiej kuchni są tak wyraziste, że aż slinka cieknie. Nie bez powodu też jeden z bohaterów tejże książki nazywa Elizabeth "Żarełkiem"



Poniżej zamieszczam fragment mojej recenzji, którą w całosci można przeczytać na blogu.

Elizabeth Gilbert zabiera swoich czytelników w wielką podróż trwającą rok. Udajemy się do Italii, Indii oraz Indonezji, w każdym z krajów spędzamy kilka miesięcy, mniej więcej kwartał. We Włoszech byłam już zauroczona klimatem Rzymu oraz czułam wszystkie smaki włoskiej kuchni. To jest etap podróży zwany: jedz. Ślinka mi ciekła idąc z pustym żołądkiem do szkoły i w drodze do domu, w którym czekał obiad. Poznajemy przy okazji kilku ciekawych ludzi o ciekawych nazwiskach np. Luca Spaghetti. Strasznie mi było żal, kiedy Liz opuszczała Włochy, ponieważ spodziewałam się, że w żadnym innym kraju już nie będzie takiego klimatu. I po części miałam rację, bowiem Indie to zupełnie inna kultura, to miejsce religii, dlatego ten etap zwie się: módl się. Tu mamy do czynienia z innym klimatem, ale równie porywającym. Liz poznaje Richarda, przez którego jest wdzięcznie nazywana Żarełkiem. Bardzo podobało mi się to określenie, a wypowiadane ono przez Annę Dereszowską nabiera jeszcze bardziej sympatycznego zwrotu. Po miesiącach medytacji Liz wyjechała do Indonezji, tam spotyka się z poznanym dwa lata wcześniej szamanem, który przy poprzednim spotkaniu wywróżył, że wróci tu i z nim zamieszka. Liz stała się jego sekretarką. Przy okazji nabawienia się kontuzji poznaje biedną kobietę z dwójką dzieci, która jest uzdrowicielką. Wszystkie dolegliwości znikają w ciągu paru godzin. Po ascetycznym życiu, które miało pomóc bohaterce wyleczyć się z ran po rozwodzie z mężem i zakończonym romansem z Davidem, przyszła pora na powrót do życia towarzyskiego. To właśnie w Indonezji poznaje kolejną miłość swojego życia. Doszła do etapu podróży zwanego: kochaj.

niedziela, 4 marca 2012

Strajk na Boże Narodzenie - Sheila Roberts

Czas przed Bożym Narodzeniem to u nas okres wzmożonej pracy, biegania za prezentami, szykowania potraw na świąteczne stoły itp. Ale to i tak nic w porównaniu do tego, co dzieje się w krajach z kręgu anglosaskiego, tam to już istne szaleństwo - wysyłanie kartek świątecznych (nie żadnych tam smsów czy maili), dekorowanie całego domu (nie tylko choinka, jeszcze musi być szopka, wieniec adwentowy, kalendarz adwentowy, lampki, światełka - obłęd!), przyjęcia przedświąteczne dla znajomych, rodziny, sąsiadów, coroczne zdjęcia pociech z Mikołajem, jasełka w szkole, kościele - zwariować można! A przecież trzeba jeszcze iść do pracy. Nic dziwnego więc, że pewnego dnia mieszkanki małego miasteczka wymyśliły strajk!

Choć akurat jedna z pomysłodawczyń, Joy, miała trochę inną motywację - jej mąż nie za bardzo lubił takie rozbuchane żywiołowe świętowanie, pomyślała więc, że jeśli będzie mógł spędzić Boże Narodzenie na swój sposób, dostrzeże i zatęskni za urokami wspólnego rodzinnego hałaśliwego celebrowania.

Wieści szybko rozchodzą się po mieście - głównie dzięki lokalnej gazecie i zaczyna się prawdziwa przedświąteczna gorączka.

Jak odnajdą się mężowie w nowej dla nich często sytuacji? Czy mąż Joy przestanie być "Grinchem"? Czy strajk odniesie zamierzony sukces? Tego musicie dowiedzieć się sami.

Ja na chwilę znów poczułam wspaniałą świąteczną atmosferę, uśmiałam się w niektórych momentach serdecznie (jeden z mężów stwierdził, że te wszystkie przygotowania to pestka, nie wiedział, co mówi - jego próby załatwiania spraw ze świątecznej listy są najzabawniejszymi scenami), ale i wzruszyłam również.
Do tego Sheila Roberts w dość wyważony sposób, bez nachalnego dydaktyzmu pokazuje, co jest najważniejsze w tym czasie. I bardzo spodobał mi się wątek Joy i jej męża - czy zawsze musimy próbować na siłę zmienić partnera tak, aby spełniał nasze oczekiwania?

Małym dodatkiem są liczne nawiązania do bożonarodzeniowych filmów, powieści i piosenek - wyjaśnione w przypisach - można dowiedzieć się więcej o amerykańskich zwyczajach.

A zupełnym zaskoczeniem w kontekście strajku ;) są przepisy na dania pań z głównego kręgu strajkujących:
- Miętowy koktajl według przepisu Dave'a
- Kruche paszteciki filo według przepisu Joy
- Zupa warzywna Joy
- Nadzienie według przepisu babci Patrick
- Świąteczne cukierki Joy
- Krówki rozpływające się w ustach według przepisu Tiffany
- Miętowe ciasteczka według przepisu Sharon
- Lukrowane brownies według przepisu Tiffany
- Maślane ciasteczka z białą czekoladą według przepisu Joy
- Ciasteczka z żelowymi cukierkami według przepisu Joy
- Ciasteczka śnieżynki według przepisu Tiffany
- Lukrowane biscotti według przepisu Joy
- Pudding z fig według przepisu Carol
- Tradycyjny sos do puddingu

czwartek, 1 marca 2012

Lunch w Paryżu

Był 23 kwietnia, imieniny Jerzego, Dzień Książki, no a wtedy jeszcze dodatkowo Wielka Sobota.
Wyskoczyłam rano do miasta kupić chleb, i bardzo, bardzo chciałam kupić sobie jakąś książkę, żeby tradycji stało się zadość, choć wiedziałam, że róży do książki w tym dniu nie dostanę (w dzień św. Jerzego od ładnych paru lat, obchodzimy w Małopolsce Dzień Książki; księgarze, wzorując się na starodawnym zwyczaju hiszpańskiej Katalonii, próbują przypomnieć i upowszechnić zwyczaj wręczania osobom bliskim książki i róży. Wszystkim kupującym w tym dniu książkę udzielają rabatu, a do każdego zakupu dodają różę).
Weszłam do księgarni i przeglądałam rozłożone nowości. W końcu zdecydowałam się na 'Lunch w Paryżu" Elizabeth Bard.

Widziałam już wcześniej tę książkę, czytałam o niej, ale myślałam sobie: ot, następny epigon cyklu Petera Mayle o Prowansji. I ten podtytuł: love story z przepisami - nie tylko kulinarnymi. I to mnie ma zachęcić????? Koszmar!
Ale... nic innego nie wpadło mi w oko.... i ja tak bardzo cenię kuchnię francuską.... kupiłam.
W święta na lekturę nie ma się zbyt wiele czasu.
Ale niedługo potem mogłam ją przeczytać, i wierzcie, przeczytałam ją niemal za jednym przysiadem!
O, tak, warto ją kupić.
To naprawdę nie jest ckliwy harlekin, ale prawdziwe życie w Paryżu Amerykanki, dzień po dniu, jej zmagania się z zakupami, kuchnią i innym postrzeganiem świata przez jej chłopaka, późniejszego męża.
Przepisy wyglądają zachęcająco, a najbardziej zapamiętałam z tej książki scenkę, kiedy znajmi goszczeni przez Elizabeth w Paryżu, proszą: pokaż nam swój mały sekret, pokaż gdzie twoja ulubiona knajpka, gdzie kupujesz bagietki, gdzie jarzyny, a gdzie torebki.
Czyli - pokaż nam TWÓJ Paryż, TWOJE miejsce na ziemi.

A przepis na zachętę?
Kiedyś tam, gdy marudziłam, że w Polsce nie ma a to tego, a to tamtego, moja koleżanka, mieszkająca na stałe w USA, powiedziała:
- Jeśli cię to pocieszy, to jest parę rzeczy których ja ci w Polsce zazdroszczę. Na przykład selerów, tych brzydkich, szarych, guzłowatych, bulwiastych. Tu jest tylko seler naciowy. Nie umywa się do tego z bulwy. Pewnie, że bulwy, jak się uprę, to też kupię; tu jednak w zasadzie jest wszystko. Tylko za jaką cenę!!!! I wpirza mnie to, bo przecież pamiętam, jak w polskim jarzyniaku, czy na targu, niemal poniewierają się te bulwiaste, upchnięte gdzieś tam w kącie i kosztują grosze! Ot, brzydkie kaczątka jarzyn. A jaki mają smak, rany! Ślinka leci….

Przypomniałam sobie tę historię, czytając „Lunch w Paryżu”. No, bo popatrzcie, co Amerykanka zobaczyła na targu:

"Przy porach zauważyłam coś jakby rodem prosto z laboratorium doktora Frankensteina: bulwiaste warzywo z bruzdami przypominającymi mózg, porośnięte gdzieniegdzie skręconymi włoskami korzonków. Celeri. Pomyślałam, że wolałabym mu zrobić sekcję, niż go zjeść. Kupiłam jedną sztukę, ale tylko po to, żeby zobaczyć, co ma w środku."

Ale.... no właśnie! seler, mimo tego dość ponurego wyglądu, potrafi się obronić: swoim fantastycznym smakiem:)
Parę stron dalej czytamy:
"Purée z ziemniaków i selera - Padnijcie na kolana, oto wasze ukochane ziemniaczki w nowej odsłonie - teraz o delikatnym zapachu selera i konsystencji purée z rzepy! Seler może i wygląda jak mózg Frankensteina, ale to jedno z moich paryskich odkryć, z których jestem najbardziej dumna. Poniższe danie powinno odpowiadać zarówno Francuzom, którzy uwielbiają smak masła, jak i ograniczającym spożycie węglowodanów Amerykanom."

Zrobiłam:) Voilà! to właśnie to!

A to zmniejszone, moje proporcje dania na dwie osoby, albo cztery odchudzające się:)
2 spore ziemniaki
pół niezbyt dużego selera
łyżka masła
sól, pieprz
zielenina (np. bazylia)
garstka startego parmezanu (lub innego twardego sera)

Ziemniaki obieramy i kroimy w kostkę, zalewamy zimną wodą, delikatnie solimy i doprowadzamy do wrzenia.
Wtedy dodajemy obrany i pokrojony w kostkę seler.
Gotujemy całość do miękkości warzyw, ok. 30 minut.
Odcedzamy (warto zachować odcedzony wywar, jest pyszny sam w sobie lub może stanowić bazę zupy).
Ubijamy odcedzone warzywa na purée, dodając masło i pieprz. Tu autorka przestrzega: "Tylko nie rozkręć się za bardzo - to wiejska potrawa, która powinna mieć grudki, a nie przecierek dla niemowląt" :)
Posypujemy zieleniną i startym serem. Podajemy z miską sałaty na przykład.

Smacznego! i miłej lektury!

poniedziałek, 27 lutego 2012

Podróż na liściu bazylii - kontynuacja


Książka Krzysztofa Mazurka "Podróż na liściu bazylii" zaczęła się dość zwykle, choć ciekawie.
Marianna - bibliotekarka z małej mieściny wygrywa konkurs i wyjeżdża na kulinarny kurs do Toskanii.
Opis cyprysów, rozrzuconych wzdłuż toskańskich dróg, żywiołowy włoski kucharz i jego kulinarne tajemnice, które odkrywa zapatrzonym w niego uczniom, willa z kamiennymi posadzkami i wielką kuchnią. I zachwyt prostotą i smakiem włoskiej kuchni.
Ale zanim zdążyłam się tym znużyć - pojawiła się tajemnica, której powierniczką stała się Marianna, i stara księga, na poły kulinarna....
I w ślad za tajemnicą - zbrodnia.... kucharz zostaje zamordowany! ouuuuu!
Akcja potoczyła się wartko, czasem aż nazbyt wartko, jak dla mnie:)
Toskania, Genua, Sycylia, wyspy greckie - doprawdy, chciałoby się gdzieś zostać, zatrzymać na dłużej. A tu ciągle jedziemy dalej, i dalej....
Marianna spotyka coraz to nowych ludzi, aż w końcu ślad prowadzi - jak myślicie, gdzie???? - ano do Polski:)
Trafiamy do Krakowa, do Bochni, a potem - tu aż westchnęłam i oczy otworzyły mi się szerzej i usta uśmiechnęły - trafiamy do Nowego Wiśnicza, do zamku! który z różnych względów jest mi bardzo bliski:) i koło którego mieszkam tak bardzo blisko:) (stosunkowo)

Mamy więc już zarys akcji; czas na kulinaria.
Nie brakuje tu ich. W końcu to laureaci kulinarnego konkursu przyjechali do Toskanii na kurs.
- jak zagniata się włoski makaron?
- jak przyrządzić małże?
- jak usmażyć sycylijskie arancino?
- jak skomponować menu na włosa kolację?
- jak i z czym pic grappę?
- znajdziemy tu odpowiedź na wszystkie te i wiele innych frapujących pytań.
A bazylia odgrywa w książce zupełnie niebagatelną rolę!

Spróbowałam zrobić opisane tutaj kule pomarańczy po sycylijsku; popatrzcie, wskazówki są naprawdę dokładne:)


"Myślałem, żeby zrobić coś sycylijskiego. Jest ryż, mielone mięso i groszek. Tu mamy jajka i mozarellę.
- Arancine siciliane? - spytała.
- Tak - uśmiechnął się i Marianna zorientowała się, że zdała egzamin wstępny.
Po minucie już wiedziała, gdzie są noże, miski i deski do krojenia. Kuszelas nacisnął na odtwarzaczu płyt jakiś guzik i z ukrytych w ścianach głośników popłynął głos Sade. Pracowali w skupieniu, bez niepotrzebnych słów, jak gdyby znali się od lat. Nie odrywając się od tego, co robiła, Marianna podała mu cebule do posiekania, a kiedy rzucił mięso na gorącą oliwę, podsunęła trzy ząbki czosnku. Uśmiechnął się niedostrzegalnie, kiedy jednym ruchem rozbiła główkę na ząbki, uderzając pięścią o bok szerokiego noża i przygważdżając czosnek do blatu. Poszukała wzrokiem kopyści do mieszania ryżu, a on już ją podawał, jakby zgadywał jej myśl. Podsunął masło, kiedy zabarwiony żółtkami ryż wchłonął już cały wywar, a ona - widząc, że jest zajęty czym innym - pokroiła w kostkę mozarellę. Dopiero kiedy układali na dłoniach warstwy przestygniętego ryżu, nadziewali je przesmażonym z odrobiną koncentratu pomidorowego mięsem i mozarellą, formowali podobne do pomarańczy kule i wiedzieli, że kolacja będzie na czas, zaczęli rozmowę. Może dlatego, że poczuła w nim bratnią duszę, a może wiedziała, że to spotkanie jak w pociągu relacji Przemyśl-Szczecin, w którym ludzie przez jedną noc opowiadają cale swoje życie nieznajomym, Marianna snuła opowieść o tym, czego nauczył ją Giorgio, o szczęśliwych dniach w willi Santa Maria, o surowym pięknie Toskanii i o tajemniczej książce kucharskiej."

Smacznego! i miłego czytania!

niedziela, 26 lutego 2012

Czytam książkę "Podróż na liściu bazylii"

O czym można myśleć w kuchni?
Kiedy jest jakiś problem z potrawą, kiedy coś nie wychodzi - nie ma czasu na żadne tam rozmyślania!
Ale kiedy wszystko idzie gładko, bez stresów - ho, ho! ileż możliwości otwiera się dla świata myśli.
W książce "Podróż na liściu bazylii" autor tajemnej, siedemnastowiecznej włoskiej książki kucharskiej zamieszcza obok przepisów kulinarnych - swoje rozważania nad istotą świata. Czytając je, łatwo sobie wyobrazić tło tych rozważań:
Oto kuchnia. Pewnie z kamienną posadzką, z dużą żelazną płytą na piecu opalanym drewnem, na płycie miedziane wypolerowane garnki, w których pyrkocze zupa i gęsty sos. Słońce zagląda przez okno, które wygląda jak obraz na ścianie, wypełnione drzewami i niebem. Na parapecie okna siedzi kot, wygrzewając się w słońcu i wdychając upojne zapachy gotujących się potraw.


Przy piecu, opasany fartuchem, z drewnianą łyżką w dłoni, stoi zapatrzony w swoje myśli kucharz (a może kucharka). Wchłania w siebie urok chwili, by wieczorem, w pokoiku na mansardzie zanotować przy świetle kaganka:

"Stworzyliśmy słowa, by mówić: «Drzewo jest wysokie» albo: «Oliwki z Sycylii są lepsze niż oliwki z Rzymu», albo: «Zaraz napiję się wina». Czy to wystarczy? Wszak istnieje nie tylko materia. Co z duchem? Czy da się ducha opisać słowem? Próbowali poeci piszący o miłości pięknie nakładać słowo na słowo, a spomiędzy słów wyłaniało się coś ulotnego. I odfruwało. Próbujemy to coś uchwycić muzyką, tańcem, sztuką kulinarną. Jeśli czasem nam się udaje, nie umiemy później o tym opowiadać. Brakuje nam słów, bo te, które mamy, pasują tylko do opowieści o materii.
Mój kot siedzący na oknie patrzy na mnie zielonymi oczami. Co widzi? Co odczytuje? Na pewno nie zdania, które kreślę na pergaminie. Czy mogę zatem powiedzieć, że jestem doskonalszy od mojego kota? Jeśli tak, to kot jest doskonalszy od drzewa, które rośnie pod moim oknem, a drzewo od kamienia, który pod nim leży, i tak bez końca. Co nas różni? To, że ja z Tobą, Czytelniku, rozmawiam, kot ma zachwycające kocie ruchy, drzewo szumi na wietrze, a kamień leży obojętny na wiatr i deszcz. Co dalej? Deszcz pada, zamienia się w strumień, a zimą skuwa go lód. I dalej. Gdzie woda jest prawdziwsza? W kropli deszczu, w strumieniu czy w bryle lodu? I jeszcze dalej. Kto z nas jest prawdziwszy? Ja, kot, drzewo czy kamień? Dzieli nas to, że w nich jest więcej materii, a we mnie i w Tobie więcej uwolnionego ducha. Co nas z nimi łączy? To, że zostaliśmy stworzeni z tej samej boskiej gliny. Stworzeni słowem. Na początku bowiem było słowo."

Jakie piękne... i tylko mój kot ma oczy niebieskie...

c.d.n.

wtorek, 21 lutego 2012

Trzynasty miesiąc poziomkowy



Kiedyś bardzo lubiłam książki Krystyny Siesickiej: Zapałka na zakręcie, Jezioro osobliwości, Czas Abrahama… Kiedy zobaczyłam nieznany mi „Trzynasty miesiąc poziomkowy” natychmiast go kupiłam. Na podróż będzie w sam raz – pomyślałam sobie.
I była w sam raz, tyle że książka pobudziła apetyt i wyobraźnię kulinarną, co w pociągu nie jest najlepszym pomysłem:)

Poznajemy rodzącą się miłość Gustawa i Jaśminy oraz Toma i Petry.
Poznajemy kolejne kocięta Mary Lou i pana z żółtą laską:)
Poznajemy małą knajpkę, "Przydrożny barek", gdzie podają, nawet w zimie, przepyszny koktajl owocowy, mix na bazie owoców leśnych, z przewagą poziomek.
"A wybór dań to małe misterium w Przydrożnym barku, i nawet kto wie, czy nie jest wliczane do rachunku. Tu każdy bezbłędnie opanował sztukę zaglądania do cudzych talerzy, sprawdzania jak wyglądają dania na stolikach obok, zerkania, jaki kolor mają koktajle sąsiadów, z czego Tom zrobił surówkę mix.”
Specjalnością, o której dużo się mówi, są zupy: pomidorowa dla wtajemniczonych, groszkowa „najkrótszy sen Gustawa”, serowa, selerowa, jabłeczna z natką pietruszki ze słodkimi grzankami….
Żeby być uczciwym, trzeba dodać, że wiele potraw przygotowywanych jest przez Toma i Gustawa z półproduktów, ale może to i dobrze w tym wieku, w którym nikt nie ma czasu....

Od razu wiedziałam, że będę musiała poeksperymentować. Wymyśliłam, że zrobię zupę jabłeczną, którą bardzo tam lubiano. Chyba coś pomieszałam, ale wydawało mi się, że była to zupa selerowo-jabłkowa i taką postanowiłam stworzyć.

Więc tak: 2 ziemniaki w kosteczkę i do garnka z wodą leciutko osoloną i niech się pomału gotują.
W tym czasie obieram 1 selera bulwiastego, małego i ścieram na tarce, co idzie dość opornie, ale idzie. Na patelnię spora łyżka oliwy i spora łyżka masła, na to utarty seler i podsmażamy, mieszając. Och! jaki smaczny ten podduszony seler! no to do ziemniaków, proszę. Dodaję czarny, grubo młotkowany pieprz… Co jeszcze?... na pewno trochę ostrej papryki, ta przywieziona z Londynu, wędzona, z dodatkiem tymianku będzie super… O, tak! A gdyby tak szczyptę cuminu? … znakomicie! Niech się dalej gotuje, seler musi zmięknąć.
Czas na jabłka. Trafiły się jonagold, dobrze, biorę dwa, obieram, ścieram na grubej tarce. Znów na patelnię łyżka oliwy, trochę masła i na to jabłka. Trzeba trochę osłodzić, ale ostrożnie, nie za dużo. Łyżeczka, no, może jeszcze troszkę. Podduszamy krótko, nie powinny się paseczki jabłkowe rozpaść. Trzy czwarte jabłek dodajemy do zupy, resztę zostawiamy.
Chwilę jeszcze się to musi razem gotować. Czas wrzucić posiekaną natkę, nie za dużo.
A my robimy grzanki, a raczej grzaneczki, bo powinny one być malutkie. Help! jak się robi słodkie grzanki? No, można by biszkopt pokroić i podsuszyć na patelni. Ale nie ma się biszkoptu, ani żadnego innego ciasta. Cóż, musi wystarczyć pszenna bułka. Malutkie kosteczki wrzucam na roztopione masło i na to wszystko łyżka cukru kryształu. Mieszamy, żeby powstały karmel otoczył kosteczki. Wyjmujemy z patelni, pozwalamy wyschnąć.
Co tam z zupą?
Najpierw miksujemy, ale nie za dokładnie, niech zostanie troszkę składników w całości. Uuuuu, czegoś brak. Deczko cukru? I chyba śmietana, porządne 3-4 łyżki. Tak, teraz lepiej.
Wlewamy do bulionówki zupę, dodajemy łyżeczkę odłożonych paseczków jabłek, posypujemy posiekaną natką i słodkimi grzankami.
Nadszedł czas prawdy: próbujemy.
Hmmm…. pierwsze wrażenia: ostra…ale złagodzona zaraz smakiem śmietany; kwaskowatość łączy się ze słodyczą grzanek, fantastycznie! I jeszcze ziołowy smak natki pietruszki, super! Po pierwszym zdziwieniu smakiem, z każdą kolejną łyżką coraz bardziej smakuje.

Świetna zupa mi wyszła, choć taka trochę dla konesera, ale idealna na przystawkę!

niedziela, 19 lutego 2012

Boże Narodzenie w Lost River - Fannie Flagg


Trzecia recenzja z tych już dawno na moim blogu opublikowanych.

Oś fabuły stanowią losy starszego, rozwiedzionego mężczyzny, który z powodu ciężkiej choroby zmienia otoczenie i przeprowadza się do małego miasteczka w Alabamie. Tam zostaje wciągnięty w różne lokalne działalności przez dość przedsiębiorcze miejscowe panie :)

Żeby za dużo nie zdradzić, napiszę tylko, że główne role grają jeszcze pewna mała, doświadczona gorzko przez los dziewczynka i pewien mały ciałem, ale wielki duchem ptaszek z rodziny kardynałów.

Tak naprawdę fabuła nie jest najważniejsza w książkach Fannie Flagg - ja je po prostu smakuję - powoli, z rozmysłem chłonąc leniwą atmosferę małych miasteczek z południowych stanów. Jakie to szczęście, że przeczytałam dopiero dwie!


A jakie przepisy przygotowały dla nas gospodynie z Lost River?
- Galaretka z winogron scuppernong, czyli jak zdobyć mężczyznę Frances Cleverdon
- Smażone cefale Claude'a Underwooda
-
Niebiańska sałatka Mildred
-
Nachos wołoweAmelii Martinez
-
Zapiekanka warzywna na składkowe przyjęcie
- Placek limonkowy Mildred
-
Bożonarodzeniowa Ambrozja Betty Kitchen
-
Tajna broń Groszków: auszpik pomidorowy
- Wigna noworoczna
- Zapiekanka ze słodkich ziemniaków
- Zapiekanka z kukurydzy
- Makaron z serem Frances Cleverdon
- Piernik przysmak Patsy
-
Sos cytrynowy
- Placek z Kentucky na bourbonie Dottie Nivens
-
Pływająca wyspa
- Placek z Południa z orzechów pekan
- Pudding bananowy Betty Kitchen
-
Zapiekanka z kabaczka

Na co miałybyście ochotę? :)