Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uczestnik - Gosia Oczko (zemfiroczka). Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uczestnik - Gosia Oczko (zemfiroczka). Pokaż wszystkie posty

czwartek, 24 marca 2016

Dziwactwa i sekrety kuchni Państwa Środka. Fuchsia Dunlop – Płetwa rekina i syczuański pieprz. Słodko-kwaśny pamiętnik kulinarny z Chin


W osławionym artykule, który ukazał się w 2002 roku w „Daily Mail” pod tytułem „Rozmaitości Afe!”, autor zdemaskował kuchnię chińską, jako „najbardziej podejrzaną na świecie, stworzoną przez naród, który zajada się nietoperzami, wężami, małpami, niedźwiedzimi łapami, ptasimi gniazdami, płetwami rekina, kaczymi języczkami i kurzymi łapkami”. Jako echo lęków dawnych europejskich podróżników, artykuł przestrzegał, że nigdy nie można być pewnym, czym tak naprawdę jest „śluzowata, fluorescencyjna substancja, zawieszona między dwiema pałeczkami.”*




Jakie dania przychodzą Ci na myśl na hasło: „kuchnia chińska”? Kaczka po pekińsku, smażony ryż z jajkiem, kurczak słodko-kwaśny, wieprzowina pięć smaków, pierożki dim sum? A może sajgonki, padthai i zupa pho? Jak często mylą się dania kuchni azjatyckiej innego kraju np. Wietnamu z chińską? I co właściwie naprawdę jedzą Chińczycy?


Kobra zalana w trupa

Ogólnie rzecz mówiąc – wszystko. Dosłownie. I nie mam tutaj na myśli wyłącznie jedzenia mięsa z psów – tak kontrowersyjnego dania w naszym obszarze kulturowym. W kuchni chińskiej wszystko może być potencjalnym składnikiem potrawy. Tym bardziej, że nie dzielą oni zwierząt na domowych pupili i zwierzęta hodowlane. A dziczyzna to nie tylko to, co upolować można w lesie. A zatem co trafia na stół? Ośle penisy, smażone w głębokim oleju jaszczurki, pudding posypany mrówkami (podobno dobre na reumatyzm ;)), łapy niedźwiedzia, kobra (uprzednio zalana w trupa w alkoholu), cywety, trepangi, ścięgna wołowe, małpie mózgi… To tak na przykład. Dość powiedzieć, że kuchnia Państwa Środka nie jest jednorodna i różni się w zależności od prowincji, tj. regionu. Sama kuchnia Syczuanu jest tak bogata jak cała kuchnia francuska.


Kougan – odczucie ust

Ta wszystkożerność Chińczyków wynika z wielu powodów – przede wszystkim z głodnych czasów, które zafundowała "rewolucja kulturalna" Mao. To z tamtego głodnego okresu wzięło się przekonanie, że jedzenie jest bezcenne i należy je wykorzystać maksymalnie. Jak również dlatego, że Chińczycy są łakomymi konsumentami oraz cenią sobie tzw. „odczucie ust”. Oznacza to, że pewne konsystencje i struktury są bardziej interesujące – w jednym daniu chodzi o kruchość, w innym o sprężystość, a w jeszcze innym o lepkość. I choć to brzmi zupełnie zwyczajnie, to w Chinach smakuje się je na zupełnie innych potrawach, niż w Europie. Coś, co dla nas jest twarde i gumowate, zupełnie nie do pogryzienia, a tym bardziej przełknięcia – dla Chińczyka może być prawdziwą delicją.


Srebrne pałeczki cesarza

Jedzenie pałeczkami wywodzi się podobno od Konfucjusza, który przestrzegał przed używaniem przy jedzeniu ostrych narzędzi. Nóż wszak kojarzy się ze zbrodnią. A co z pałeczkami ma wspólnego srebro? Takimi jadali cesarze, gdyż chroniło to ich przed zjedzeniem zatrutego pożywienia. Srebro ma właściwości odbarwiania się przez zetknięcie z trucizną, stąd ten szlachetny metal był jedną z barier chroniących władcę przed intrygami grożącymi ze strony cesarskiej kuchni. 
Ale to nie jedyna ciekawostka w tej książce. Inna dotyczy bicia pokłonów przez… stukanie palcami w stół. Zwyczaj dotyczy ceremonii herbacianej i sięga XVIII wieku, kiedy cesarz podróżował po kraju incognito. Kiedy nalewał herbatę do czarek swoim sługom, ci, aby nie zdradzić jego tożsamości przez padanie na kolana, a jednocześnie móc oddać mu należny szacunek – w ramach uwielbienia stukali palcami w stół.


Sekrety i dziwactwa

Dziwaczne składniki potraw, skomplikowane sposoby krojenia i doprawiania, eksplozja smaków i nieodzowna potrzeba „odczucia ust” – to nie wszystko. Chińska obsesja jedzenia cechuje się również snobizmem jadania w prywatnych kuchniach. I chociaż brzmi to zwyczajnie, to chodzi o szarą strefę gastronomii, gdzie restauracją może być zaplecze firmy handlującej sprzętem AGD. Cały smaczek tkwi w tym, że adresy tych dziwnych przybytków (często serwujących zachwycające dania) podaje się pocztą pantoflową tylko zaufanym osobom, najczęściej dość majętnym ludziom biznesu, czy uznanym krytykom kulinarnym. A jednocześnie w pakiecie otrzymuje się obietnicę chińskiej odpowiedzi na El Bulli Ferrana Adri, czy operowy śpiew kucharki, która oficjalnie pracuje jako profesjonalna śpiewaczka opery syczuańskiej.


Brudne jedzenie

Przewodnikiem po kuchni chińskiej Fuchsia Dunlop stała się po tym, jak po rozsmakowaniu się w dziwacznych potrawach, została absolwentką Syczuańskiej Akademii Sztuki Kulinarnej. Brytyjka, której od dzieciństwa nieobce były etniczne smaki dała się porwać kuchni chińskiej na tyle, że poznała specyficzne smaki każdej chińskiej prowincji, jej odniesienia kulturowe i historyczne, a także wydała szereg kulinarnych przewodników m.in. o kuchni: syczuańskiej, kuchni Mao, kuchni cesarskiej, dość pomieszanej z zachodnią kuchni Hongkongu i zupełnie odmiennej od wszystkich kuchni prowincji Xinjiang.

I chociaż Fuchsia tą książką złożyła hołd zróżnicowanej i bogatej kuchni państwa środka, podzieliła się również swoimi rozterkami, które nagromadziły się po latach obserwacji. Przede wszystkim zwróciła uwagę na ogromną skalę chińskiego konsumpcjonizmu i marnotrawstwa jedzenia (mimo że jedzą wszystko) oraz związanym z tym ogromnym niszczeniem środowiska: ścieki zamiast czystych rzek, ogromne skażenie paszy dla zwierząt, nadmiarowe stosowanie pestycydów, narażenie na wyginięcie wielu zagrożonych gatunków zwierząt, korupcja związana z produkcją i obrotem żywności, a także zbyt popularne i nadmierne stosowanie w jedzeniu glutaminianu sodu.

Czy w związku z tym cena różnorodności jest wytłumaczeniem dla „brudnej” żywności? Fuchsia Dunlop pomimo tego, że przystopowała z chińskim obżarstwem wciąż przekonuje, że warto poznać prawdziwą kuchnię chińską. Wprawdzie jej zapał neofity przygasł, to nabycie doświadczenia nowych smaków spowodowaoł przełom w otwartości na zrozumienie innej kultury. Czy mnie tym przekonała? Niekoniecznie, ale lektura tej książki była mimo to - fascynująca.


____________________

Za podarowanie egzemplarza serdecznie dziękuję negresce :)
Recenzja opublikowana również na blogu Czytelniczy

* Fuchsia Dunlop – Płetwa rekina i syczuański pieprz. Słodko-kwaśny pamiętnik kulinarny z Chin, wyd. Świat Książki 2011


sobota, 23 sierpnia 2014

Richard C. Morais – „Podróż na sto stóp”


„Stało się. (…) Ta podróż, długości raptem stu stóp, kosztowała mnie wiele emocji. Przeprawa z kartonową walizką w dłoni z jednej strony bulwaru Lumiere na drugą. (…) Tam właśnie, na kamiennych stopniach Le Saule Pleureur, czekała starsza para w białych fartuchach. (…) Przyszedłem do nich, do mojego przybranego domu, aby dorosnąć. Aby spędzić ten krnąbrny wiek, studiując tajniki francuskich kulinariów i pomagając w kuchni. (…)
Pamiętam, jakby to było wczoraj… i słowa, które do mnie wypowiedział, kiedy do mnie wypowiedział, kiedy go mijałem:
- Pamiętaj, słodki chłopcze, jesteś Haji. Zawsze o tym pamiętaj. Haji.
Podróż była tak krótka, tak szybka, lecz czułem się, jakbym kroczył z jednego końca Wszechświata na drugi; alpejskie światło wyznaczało mi drogę.”

To curry (jak i inne w tym typie dania) może i nie wygląda zachęcająco, ale za to nadrabia smakiem

Zazdroszczę sobie, że przeczytałam tę książkę ;) A nawet zazdroszczę innym, że lektura dopiero przed nimi. I to nawet dziwne, że tak jestem zachwycona tą książką. Bo to nawet nie jest specjalnie skomplikowana historia, bez większych zwrotów akcji, zagadek, które jak w kryminałach – wiercą dziurę w brzuchu. To po prostu dobrze, bardzo dobrze opowiedziana kulinarna obyczajówka. Na tyle sugestywna, że w trakcie czytania o specjałach kuchni indyjskiej ugotowałam nam na obiad aromatyczne curry z ciecierzycą, soczewicą i szpinakiem. Zdarzyło mi się to po raz drugi. Za pierwszym razem również czytałam powieść kulinarną z kuchnią indyjską w tle, a wtedy na ogień poszły krewetki w ostrym, pomidorowym, pachnącym curry...


„Ja Hassan Haji, byłem drugim z sześciorga dzieci. Urodziłem się nad restauracją mojego dziadka, przy Napean Sea Rd, w miejscu zwanym wówczas Bombajem Zachodnim (dwie dekady później miasto zaczęto nazywać Mumbajem). Podejrzewam, że już wówczas koleje mojego losu zostały gdzieś zapisane, gdyż pierwszym wrażeniem, jakie pamiętam, był zapach machli ka salan, aromatycznej ryby curry, unoszący się przez szczeliny w podłodze i otulający dziecięce łóżeczko w pokoju moich rodziców, dobudowanym nad restauracją. Jeszcze dziś pamiętam zimne szczebelki łóżeczka, przyciśnięte do mojej buźki bobasa, gdy jak najdalej wysuwałem nos, wciągając mocno powietrze i łowiąc aromatyczną mieszankę kardamonu, rybich głów i palmowego oleju. Byłem taki maleńki, lecz czułem, że to zapowiedź niezmierzonych bogactw, czekających na odkrycie i skosztowanie w wolnym świecie na zewnątrz.”


Już na wstępie bardzo polubiłam Hassana Haji – głównego bohatera, gdy stwierdził, że jego "przygoda z kuchnią zaczęła się od burczenia w brzuchu dziadka". Przyznam, że lubię rodzinne opowieści, więc dałam się porwać tej historii. Najpierw pojawiłam się w latach 30-ych XX wieku w Bombaju, aby przyglądać się młodemu wieśniakowi Bapaji, który właśnie przyjechał ze swojej prowincji do większego miasta, aby znaleźć perspektywę lepszego życia. Zdumiał mnie opis, w którym na stację podjechał wypakowany tak na maksa ludźmi pociąg, że nic więcej do niego nie dało się zmieścić. Dopiero kilka godzin później na tę samą stację podjechał inny skład, który tym ludziom przywoził ich własne, domowe lanczboksy. Te pudełka z obiadami po fabrykach rozwozili później Dabba – wallh, dostawcy, w gronie których był również dziadek Hassana.

Śledziłam więc losy Bapajego i w ten sposób dowiedziałam się jak awansował w gronie dostawców, kiedy dołączyła do niego Ammi, jego żona, a babcia Hassana, jak II wojna światowa paradoksalnie umożliwiła im rozwój i otwarcie własnego, kuchennego biznesu. Po wojnie na scenę wkracza Abbaj – ojciec Hassana.

Na początku go nie lubiłam, bo pierdział i bekał przy stole, a swoim młodzieńczym zarozumialstwem nie tylko wytyczył nowe priorytety dla rodzinnego biznesu, ale też zraził do siebie wielu ludzi. Poniekąd za karę, za jego zachowanie, zostaje zamordowana jego żona, a matka Hassana. Zaczęłam współczuć małemu Haji, a na hinduskiego męża byłam zła. I tak czytałam dalej... W ten sposób najpierw wyemigrowałam z nimi do Londynu, a później objechałam pół Europy, aby zatrzymać się we francuskim miasteczku Lumiere.

I nawet polubiłam ich gadatliwość, hałaśliwość, kakofonię barw i przemądrzałość Abbaja. Tym bardziej, że zderzyli się tam z despotyczną madame Mallory, szefową Le Saule Pleureur. Fabuła nabrała rumieńców, kiedy właścicielka francuskiej restauracji zaczęła walczyć z hinduskim szefem bistra. Dopiero wtedy poczułam nić sympatii do ojca Hassana i kibicowałam całej rodzinie w walce z małomiasteczkowym status quo. Niech ta Gertrude nie myśli sobie, że może rządzić wszystkimi mieszkańcami Lumiere. A kiedy zdarzyły się dramatyczne chwile z pożarem, pobytem w szpitalu, kłótnią w samochodzie i pewnym ciastem – polubiłam i tę zgorzkniałą Francuzkę. Zwłaszcza, że stała się nauczycielką Hassana w trudnej sztuce cuisine francaise.

Przychodzi pora na Paryż, a tak rozkwit kariery Hassana, zbieranie gwiazdek Michelina, mniejsze i większe sukcesy i niepowodzenia – wszystko opowiedziane z punktu widzenia doświadczonego już człowieka i restauratora. Jego przemyślenia o tym, jakimi prawami rządzi się kulinarny świat opierają się na pośmiertnym rachunku z życia cenionego szefa innej francuskiej restauracji, a zarazem największego przyjaciela. Smutny to fragment, w którym to zatęskniłam za zabawnymi epizodami z wcześniejszego Lumiere, zwłaszcza, że w krótkim czasie umiera nie tylko stary Abbaj, ale i inne osoby bardzo bliskie sercu Hassana. Czekałam jednak na triumf i się nie rozczarowałam.


Pożerałam tę książkę jak dobre ciastko, jak kajmak, który zajadam łyżeczką wprost z puszki. Nie mogłam się oderwać i wciąż się dziwię, że tak mnie ona wciągnęła. Cieszę się i mam tylko nadzieję, że jak już nadejdzie czas drugiego wydania i wszyscy zapomną o filmowej adaptacji – wydawca zdecyduje się na bardziej oryginalną okładkę. Nie wyobrażacie sobie, jak mnie kole w oczy ten okładkowy plakat filmowy.


Czy ją polecam? To chyba oczywiste. To mądra opowieść o emigracji, o rodzinie, o szukaniu swojego miejsca w świecie, pokonywaniu przeszkód i realizacji marzeń. Nie idźcie do kina, póki nie przeczytacie książki. A najlepiej zacznijcie czytać ją już teraz. Chociaż nie… Najpierw przygotujcie coś do jedzenia ;)


Jestem przekonana, że książka na pewno spodoba się tym, którzy polubili „Białe trufle” (N. M. Kelby). Tym, którzy nie czytali – polecam jako uzupełnienie. Podobnie jak „Sto odcieni bieli” (Preethi Nair), które tak jak „Podróż na sto stóp” sugestywnie pachnie hinduską kuchnią ;)


6/6
______________________

Richard C. Morais – „Podróż na sto stóp” (tytuł oryg. The Hundred – Foot Journey); wyd. Bellona

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Anna Włodarczyk – „Zapach truskawek. Rodzinne opowieści”

Bywają takie książki, które czyta się powoli. Ale nie dlatego, że w tekst w nich zawarty trudno się wgryźć, ale dlatego, że szkoda kończyć. Bo dotarcie do ostatniej strony, mimo że prowadzone ciekawością – pozostawia niedosyt i poczucie żalu, że to już koniec.

Jeżeli wiecie, co mam na myśli, bo tego doświadczyliście lub poszukujecie takiej książki – koniecznie przeczytajcie „Zapach truskawek” Ani Włodarczyk.

Zawarte jest w niej to, co lubi tak wielu z nas – czytelników. Historie o dzieciństwie obdarzone nimbem nostalgii i miłych wrażeń. Opowieści o uczuciach, potrzebach, planowaniu, jedzeniu i gotowaniu.

Cztery pory roku, a w nich garść opowieści okraszonych, a nawet doprawionych smakiem wspomnień o daniach, na myśl o których czuć je dokładnie na języku. 

To też opowieść o kobietach, o rodzinie i przyjaźni poniekąd też. Tak, to przyjemna, gawędziarska lektura, idealna na letnie wieczory.

Z tą książką można też gotować, bo Ania po każdej historii pozostawia wypróbowany przepis, na danie, które w opowieści grało pierwsze skrzypce, albo łączy się z historią tematycznie lub nostalgicznie :)

Truskawka mnie nie zawiodła, dostałam dokładnie to, co lubię na blogu Strawberries from Poland.


A na Czytelniczym dopowiadam, dlaczego akurat ta książka stała się dla mnie bardzo osobistą :)



poniedziałek, 27 stycznia 2014

Czy wiesz, co jesz? Julita Bator - "Zamień chemię na jedzenie"

Warto zastanowić się nad prostym faktem, że skoro kupując telewizor, auto, telefon nie bierzemy pierwszego z brzegu modelu, byle tańszego, to analogicznie powinno być również z jedzeniem, które spożywamy. Do podobnej konkluzji doszła Julita Bator w publikacji „Zamień chemię na jedzenie.”


Kiedy przeczytałam wyżej wymienioną książkę, stwierdziłam, że tak naprawdę nic w niej odkrywczego. Chwilę później zmieniłam jednak zdanie, kiedy przypomniałam sobie moje kompulsywno-maniakalne czytanie etykiet i wyciąganie żurawia do obcych koszyków. Może i ja wiem, że dany produkt bardziej nadaje się do śmietnika niż na obiad, ale nie każdy może zdawać sobie z tego sprawę. I właśnie dla obojętnych na wiedzę lub „nieuświadomionych” - ta książka będzie świetnym wprowadzeniem do mądrych, świadomych wyborów przed sklepową półką.

Julita Bator przez 20 rozdziałów po kolei rozprawia się: z chorobami własnych dzieci spowodowanych spożyciem śmieciowego jedzenia, tropi przestępców, czyli dodatki do żywności, dochodzi do wniosku, że cukier jest wszędzie (nie zawiera go może jedynie… sól ;)), zastanawia się nad zapachem warzyw i sposobach przemytu w daniach dla tych, którzy boją się ich jak przysłowiowy diabeł święconej wody, zastanawia się, parafrazując bohatera filmu Barei: ile mięsa jest w mięsie, omawia nieprzydatne dodatki (benzoesan sodu, glutaminian sodu, siarczyny i azotyny oraz ich pochodne, tartrazynę, dwutlenek siarki i kwas sorbowy), będące źródłem największych zdrowotnych problemów oraz postuluje o powrót do starych dobrych czasów, kiedy zimową porą szafy pękały w szwach za sprawą słońca w słoikach, czyli wekach.

Z tego miejsca zaznaczam, że autorka nie jest wojującym ekologiem, ale poszukiwaczem złotego środka, czyli sposobu na to, jak kupować i co jeść, aby nie zaśmiecać organizmu szkodliwymi dodatkami i jednocześnie nie zbankrutować. Po lekturze każdy już będzie wiedział, że między zdrową żywnością i wysoką ceną niesłusznie stawia się zawsze znak równości. Nie musi tak być, wystarczy trochę się wysilić i początkowo poczytać nieco więcej, niż podczas zwykłych, dotychczasowych zakupów. Bo czy zastanawialiście się czasem nad dziwną zależnością, że im produkt ma więcej składników, tym mniej kosztuje? Przecież to zaprzeczenie ekonomii. Czy producent jest dla nas aż taki hojny, czy może jednak robi nas w bambuko?

Książkę gorąco polecam wszystkim - zarówno tym czytającym etykiety, jak i je lekceważących.
A jeżeli chcecie wiedzieć, jak wyglądają moje zakupy, zapraszam na Czytelniczego, aby przeczytać rozszerzoną recenzję oraz na Koty Kuchenne Oczka, aby zobaczyć, jak to wygląda... na obrazku ;)

Pozdrawiam
Oczko

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Literatura od kuchni 2: co ma cytat do jedzenia? ;)


„Z dziennikarstwem zetknął się, siedząc nad pajdą chleba i ociekającym tłuszczem saucission. Chleb był dobry, upieczony bez drożdży – wyrósł siłą własnego ciasta, w ogrodowym piecu Partridge’a. Wokół domu Partridge’a unosiły się zapachy przypalonej mąki kukurydzianej, ściętej trawy i pieczonego chleba.
Saucission, chleb, wino, opowieści Partridge’a… Z ich powodu przegapił okazję złapania pracy, która mogła mu dopomóc w przyssaniu się do nabrzmiałej piersi biurokracji.”
(Annie Proulx – „Kroniki portowe”)



Czy Wy, podobnie jak ja – jesteście tropicielami cytatów w książkach? 
Kiedyś wypisywałam wszystkie, które mnie zachwyciły. Kilkanaście lat temu był z tego niezły pożytek podczas pisania wypracowań na języku polskim. Uzbierało się z nich kilka grubych, zdaje się 96-kartkowych zeszytów. Potem tę czynność zaniechałam, a od kilku lat tropię w powieściach aspekty kulinarne. Okazuje się, że nie tylko powieści kulinarne w nie obfitują. Powyższy cytat jest jednym z nich.

Po więcej oraz po kilka ciekawych kulinarnych linków – zapraszam na Czytelniczego :)

A może macie jakieś swoje ulubione cytaty kuchenne? ;)

Pozdrawiam 
Oczko


poniedziałek, 6 stycznia 2014

Literatura od kuchni, czyli kuchenno-literacki wpis otwierający Oczka ;)

Mamy dzisiaj piękny, wiosenny dzień w środku zimy. I tak samo, jak jest ciepło - również i ciepło witam się tutaj jako nowa – z współtwórcami i czytelnikami.

Prowadzę blog Czytelniczy, na którym piszę nie tylko recenzje przeczytanych książek, ale staram się trzymać rękę na pulsie jeżeli chodzi o literackie nagrody i wydarzenia około książkowe. Lubię też śledzić wydarzenia w Warszawie i jeżeli uda mi się z któregoś skorzystać (np. wymiany książkowe w Kordegardzie) – również czasem o tym wspominam słowem i obrazem.
A propos kuchni - co sobotę na blogu pojawia się kolejny odcinek cyklu "Kulinarni czytają", w którym zaproszeni blogerzy kulinarni odpowiadają, jakie książki lubią czytać (nie tylko kulinarne).

Natomiast moje czytelnictwo kulinarne, to w pewnym sensie pochodna prowadzenia bloga kulinarnego i tego, że lubię gotować. Siłą rzeczy o jedzeniu lubię również czytać ;) I to nie tylko powieści kulinarne - lubię również w prozie każdego z gatunków, które zdarza mi się czytać wynajdować kulinarne akapity ;)

Jako wpis otwierający moją tutaj działalność ;) zapraszam Was do niedawno opublikowanego posta na Czytelniczym pn. „Literatura od kuchni, czyli rzecz o powieściach i cytatach kulinarnych”.



A kiedy już go przeczytacie – zapraszam pod kolejny link z recenzjami trzech kulinarnych powieści.



Pierwsza „Recepta na miłość” Barbary O’Neal.
Opowieść skupia się głównie na emocjach trzech kobiet: Ramony (właścicielki małej piekarnii), Sofii (jej córki) i Katie (pasierbicy Sofii). Każda z nich ma swoje problemy i marzenia.  I nie są one wyłącznie natury miłosnej, co mylnie może sugerować polski tytuł książki. Zdecydowanie trafniejszym jest tytuł oryginału, który brzmi: „How to Bake a Perfect Life”.
Jak zachwycać się prostotą, jak zaszczepić w sobie pasję, jak nauczyć się zaufać, do czego warto dążyć – o tym właśnie jest ta książka. Oraz o tym, że warto być w życiu odważnym – na przekór przeciwnościom losu i sprzeciwu bliskich. I mimo że napisałam we wstępie, że książka napisana jest w nieco naiwnym stylu z obowiązkowym dla tego typu opowieści szczęśliwym zakończeniem – jej lektura częstuje naprawdę sporą pajdą pozytywnych emocji.

Druga „Tost. Historia chłopięcego głodu” Nigela Slatera jest Wam zapewne znana z filmu pod tym samym tytułem nakręconym na podstawie recenzowanej książki.
„Tost…” to kulinarna biografia brytyjskiego kucharza Nigela Slatera opowiadająca o jego trudnym czasie dorastania, relacjach z rodzicami i rywalizacją z macochą o względy ojca, a także o pierwszych krokach stawianych w kuchni, a potem w gastronomicznej branży. A wszystko to w czasach, kiedy żywność instant, jedzenie z puszek i kolorowe słodycze przebojem wchodziły do kuchni brytyjskiej lat ’60-tych XX wieku.

Trzecia „Białe trufle” N.M. Kelby – to zbeletryzowana biografia najsłynniejszego bodaj kucharza, który na początku ubiegłego wieku nieźle namieszał nie tylko w garach, ale przede wszystkim w kulinarnym świecie. Przemodelował sposób funkcjonowania restauracyjnej kuchni, zmienił styl podawania potraw w restauracji, stworzył wiele znanych do dziś potraw, a także rozpropagował na całym świecie kuchnię francuską. Nie nosił przy tym w kuchni tradycyjnej czapki kucharza, gdyż potrafił przyrządzić jajko na więcej sposobów, niż udałoby się w niej ułożyć zakładek ;)
Opowieść śledzi życiorys kucharza od początków jego kariery, przez sukcesy, zawirowania w życiu rodzinnym i miłosnym, wymienia jego pomysłowe rozwiązania, które na dobre przyjęły się w restauracyjnym i gastronomicznym świecie (ot na przykład wykorzystanie puszek do dłuższego przechowywania żywności), aż po trudną starość spędzoną nieco w zapomnieniu i ubóstwie (porównując jego wcześniejszą finansową pozycję).

To tak w skrócie ;) Po szersze recenzje zapraszam na dzisiejszy, jeszcze ciepły ;) wpis na Czytelniczym.

Pozdrawiam
Gosia Oczko