czwartek, 11 sierpnia 2016

Piknik w Prowansji



Nie przeszkodzi wam, że ta książka to powielany po wielokroć od jakiegoś czasu na rynku księgarskim ten sam schemat?
Jeśli nie, to myślę, że warto tym razem spróbować, bo jest w tej książce parę perełek krajobrazowych i kulinarnych, i dość gładko się czyta. A autorka nie narzuca czytelnikowi za bardzo swoich poglądów i przekonań, nie jest zbytnio moralizatorska – a to dla mnie duży plus.
A schemat jest taki: w jakiejś tam mieścinie osiedla się cudzoziemiec i zaczyna odkrywać, że ludzie tu są jacyś inni, że kłopoty takie i inne, że trudno się asymilować, ale…. te krajobrazy, to jedzenie…. zamieszkamy tu.
Tym razem Amerykanka, którą znamy z książki „Lunch w Paryżu”, opuszcza stolicę i próbuje osiąść na południu Francji, w Prowansji, w malutkim Ceteres (sprawdziłam na mapie, jest taka wioseczka).






Ja skusiłam się na tę książkę z uwagi na moją ciągłą fascynację kuchnią francuską (przedkładam ją nad tak uwielbianą kuchnię włoską).
No i ta Prowansja! Już dwukrotnie tam byłam i każdy powrót, choćby tylko na kartach książki, jest przyjemnością.
Co się pamięta? Słońce, lawenda, zioła, warzywa.
I znajdziecie to w książce.
Przepisy też was nie rozczarują, jak choćby jeszcze jedna, tysiączna któraś, wersja zupy z cukinii.
A zderzenie kulturowych tygli Ameryki i Francji, dla czytającego, jakże odmiennego Słowianina, jest zabawne.
I jeszcze prowansalska cukiniowa według Amerykanki. Jest super!
 


pół szklanki oliwy z oliwek
1 duża cebula pokrojona w grubą kostkę
1 kg cukinii pokrojonej w kostkę
3 szklanki wody
3/4 szklanki białego wina (wytrawnego)
kostka bulionu warzywnego

W rondlu rozgrzewamy oliwę, wrzucamy cebulę i dusimy na małym ogniu, aż się zeszkli.
Dodajemy cukinię, przykrywamy pokrywką (lekko uchyloną) i dusimy aż cukinia zmięknie.
Kostkę bulionową rozpuszczamy w 1/2 szklanki wrzącej wody, dodajemy do rondla, dodajemy wino i resztę wody.
Gotujemy kilka minut.
Miksujemy całość.

Moja uwaga: po zmiksowaniu sprawdzamy smak, jeśli uważamy to za konieczne, doprawiamy solą, pieprzem i ziołami prowansalskimi (ja tak właśnie zrobiłam).

piątek, 8 lipca 2016

Wizja jedzenia za 50 lat - w kryminałach J.D. Robb








Nowy Jork, komenda główna policji, fascynujące kulisy pracy policjantów, piękna i bardzo zasadnicza policjantka, zakochany w niej multimilioner, wizjonerskie elementy życia codziennego, jak choćby fruwające auta, i to jedzenie…..
Powinno być na miarę tych różnych wspaniałości XXI wieku.
Ale nie jest.
Jest podłe, sztuczne, bez smaku.
Ot, dzisiejszy fast food, tylko że o wiele, wiele gorszy. Dostarcza jakichś tam składników odżywczych, ale to jedyna jego zaleta.
Marzeniem stają się produkty „prawdziwe”: prawdziwa kawa, prawdziwe masło, prawdziwe mięso. Owszem, one jeszcze są, ale stać na nie tylko najbogatszych.
A ci najbogatsi rozkoszują się tym, co i my, w naszym, współczesnym świecie.
Nikt już w domach nie gotuje, wszyscy mają tzw. autokucharza, którego programuje się, ale zrobi coś tam tylko z tego, co tam ma do dyspozycji, co mu się kupi, a nie za wiele można kupić za zwykłe pensje.
I współczesny czytelnik, zwłaszcza taki jak ja, z niedużego polskiego miasta, ma tę satysfakcję, że ciągle jeszcze żyje w świecie, gdzie jedzenie jest prawdziwe i dostępne. I widzi, że jest to prawdziwa wartość.

Są fajne elementy tego nowoczesnego świata, jak choćby androidy, roboty wyglądające jak człowiek, a wykonujące różne czynności usługowe; zachwycił mnie w jednej z tych książek kotek-android, który miauczał, łasił się, mruczał – jak prawdziwy kot!

Bardzo wciągający jest ten cykl kryminałów z policjantką Eve Dallas w roli głównej (można je czytać w dowolnej kolejności, choć są ze sobą powiązane), mamy tu elementy bajki o Kopciuszku, która znalazła swojego księcia, mamy spełnienie marzeń o idealnym erotycznym związku w małżeństwie, no i przede wszystkim są to niezłe kryminały, o nieoczekiwanych zwrotach akcji i nieprzewidywalnym z góry sprawcy.
Dodam jeszcze, że sporo w nich prostej, życiowej mądrości, i to podanej bez moralizowania i narzucania własnych poglądów autorki; myśli i uczucia rzucane są ot, tak, mimochodem, a chwytają za serce.
Namówiła mnie na tę lekturę siostra, i czytam kolejne tomy namiętnie!

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Audrey Hepburn w kuchni



Audrey Hepburn jako aktorka była zjawiskowa. Do dziś pamiętam swoje nią zauroczenie sprzed lat w filmach „Śniadanie u Tiffaniego” i „Rzymskie wakacje”.
Ale Audrey jako kucharka?






Niedawno pojawiła się książka napisana przez jej syna pt. „Audrey w domu”.
Jest to książka wspomnieniowa, z elementami biograficznymi, ale przede wszystkim – jest to książka kucharska. Zdumiewające, prawda?
Opisywane zdarzenia z życia aktorki, podróże, spotykane osoby – są pretekstem do zaprezentowania potraw, które Audrey lubiła, które gotowała, które podawała na swoich domowych przyjęciach.
Właśnie taka jest konwencja tej książki.

Zastanawiam się, komu bym poleciała tę książkę?

Jeśli ktoś chce zobaczyć inną, zwyczajną, domową twarz A.H. – to oczywiście tak. Będzie sporo o ludziach, których wokół siebie gromadziła, dużo o atmosferze domu, który tworzyła, o jej hobby i pasjach, o codziennych, małych rytuałach.

Jeśli ktoś szuka ciekawostek z planu filmów, w których A.H. grała – to zbyt dużo ich w tej książce nie będzie. Pamiętajmy też, że książkę napisał jej syn – więc nie znajdzie się tam pikantnych plotek i skandali.

Jeśli ktoś dużo podróżuje po świecie – to ta książka będzie świetnym uzupełnieniem turystycznych przewodników. Takie tam: gdzie kupimy w Rzymie prawdziwą mozzarellę, gdzie zjemy najlepsze kanapki (w Wenecji!)….

Jeśli ktoś jest pasjonatem kuchni – to bezwarunkowo powinien tę książkę przeczytać.
Tyle, że nie znajdzie się tu raczej ściśle ortodoksyjnych i jedynie słusznych przepisów; A.H. brała z przepisów (zwłaszcza kuchni włoskiej, którą kochała) to, co jej odpowiadało i często jej propozycje są jej osobistą wariacją – ale myślę, że to akurat jest ich wielką zaletą i urokiem. Tak przecież gotuje większość z nas: znajdujemy, studiujemy jakiś przepis i zawsze niemal dodajemy coś od siebie, coś tam zmieniamy…. Audrey tak właśnie robiła, i zdarzało się często, że goście najpierw byli zszokowani pogwałceniem zasad, a potem.... potem prosili o przepis!

Książka jest nostalgicznym powrotem syna do dzieciństwa z mamą, która dla reszty całego świata była TĄ Audrey Hepburn.

Jakiś przepis na zachętę?
Proszę bardzo: sałatka caprese a`la Audrey
Do znanej sałatki z mozzarelli, pomidorów i bazylii, Audrey proponuje dodać plastry avocado. Oprócz większej głębi smakowej uzyska się również nowy image: powstanie na talerzu włoska flaga zielono-biało-czerwona.
Sama szykuje się na zrobienie tej sałatki, ale to dopiero wtedy, gdy będą nowe pomidory. Szkoda sobie zawracać głowę tymi, które dostępne są teraz, zupełnie są bez smaku.

czwartek, 24 marca 2016

Dziwactwa i sekrety kuchni Państwa Środka. Fuchsia Dunlop – Płetwa rekina i syczuański pieprz. Słodko-kwaśny pamiętnik kulinarny z Chin


W osławionym artykule, który ukazał się w 2002 roku w „Daily Mail” pod tytułem „Rozmaitości Afe!”, autor zdemaskował kuchnię chińską, jako „najbardziej podejrzaną na świecie, stworzoną przez naród, który zajada się nietoperzami, wężami, małpami, niedźwiedzimi łapami, ptasimi gniazdami, płetwami rekina, kaczymi języczkami i kurzymi łapkami”. Jako echo lęków dawnych europejskich podróżników, artykuł przestrzegał, że nigdy nie można być pewnym, czym tak naprawdę jest „śluzowata, fluorescencyjna substancja, zawieszona między dwiema pałeczkami.”*




Jakie dania przychodzą Ci na myśl na hasło: „kuchnia chińska”? Kaczka po pekińsku, smażony ryż z jajkiem, kurczak słodko-kwaśny, wieprzowina pięć smaków, pierożki dim sum? A może sajgonki, padthai i zupa pho? Jak często mylą się dania kuchni azjatyckiej innego kraju np. Wietnamu z chińską? I co właściwie naprawdę jedzą Chińczycy?


Kobra zalana w trupa

Ogólnie rzecz mówiąc – wszystko. Dosłownie. I nie mam tutaj na myśli wyłącznie jedzenia mięsa z psów – tak kontrowersyjnego dania w naszym obszarze kulturowym. W kuchni chińskiej wszystko może być potencjalnym składnikiem potrawy. Tym bardziej, że nie dzielą oni zwierząt na domowych pupili i zwierzęta hodowlane. A dziczyzna to nie tylko to, co upolować można w lesie. A zatem co trafia na stół? Ośle penisy, smażone w głębokim oleju jaszczurki, pudding posypany mrówkami (podobno dobre na reumatyzm ;)), łapy niedźwiedzia, kobra (uprzednio zalana w trupa w alkoholu), cywety, trepangi, ścięgna wołowe, małpie mózgi… To tak na przykład. Dość powiedzieć, że kuchnia Państwa Środka nie jest jednorodna i różni się w zależności od prowincji, tj. regionu. Sama kuchnia Syczuanu jest tak bogata jak cała kuchnia francuska.


Kougan – odczucie ust

Ta wszystkożerność Chińczyków wynika z wielu powodów – przede wszystkim z głodnych czasów, które zafundowała "rewolucja kulturalna" Mao. To z tamtego głodnego okresu wzięło się przekonanie, że jedzenie jest bezcenne i należy je wykorzystać maksymalnie. Jak również dlatego, że Chińczycy są łakomymi konsumentami oraz cenią sobie tzw. „odczucie ust”. Oznacza to, że pewne konsystencje i struktury są bardziej interesujące – w jednym daniu chodzi o kruchość, w innym o sprężystość, a w jeszcze innym o lepkość. I choć to brzmi zupełnie zwyczajnie, to w Chinach smakuje się je na zupełnie innych potrawach, niż w Europie. Coś, co dla nas jest twarde i gumowate, zupełnie nie do pogryzienia, a tym bardziej przełknięcia – dla Chińczyka może być prawdziwą delicją.


Srebrne pałeczki cesarza

Jedzenie pałeczkami wywodzi się podobno od Konfucjusza, który przestrzegał przed używaniem przy jedzeniu ostrych narzędzi. Nóż wszak kojarzy się ze zbrodnią. A co z pałeczkami ma wspólnego srebro? Takimi jadali cesarze, gdyż chroniło to ich przed zjedzeniem zatrutego pożywienia. Srebro ma właściwości odbarwiania się przez zetknięcie z trucizną, stąd ten szlachetny metal był jedną z barier chroniących władcę przed intrygami grożącymi ze strony cesarskiej kuchni. 
Ale to nie jedyna ciekawostka w tej książce. Inna dotyczy bicia pokłonów przez… stukanie palcami w stół. Zwyczaj dotyczy ceremonii herbacianej i sięga XVIII wieku, kiedy cesarz podróżował po kraju incognito. Kiedy nalewał herbatę do czarek swoim sługom, ci, aby nie zdradzić jego tożsamości przez padanie na kolana, a jednocześnie móc oddać mu należny szacunek – w ramach uwielbienia stukali palcami w stół.


Sekrety i dziwactwa

Dziwaczne składniki potraw, skomplikowane sposoby krojenia i doprawiania, eksplozja smaków i nieodzowna potrzeba „odczucia ust” – to nie wszystko. Chińska obsesja jedzenia cechuje się również snobizmem jadania w prywatnych kuchniach. I chociaż brzmi to zwyczajnie, to chodzi o szarą strefę gastronomii, gdzie restauracją może być zaplecze firmy handlującej sprzętem AGD. Cały smaczek tkwi w tym, że adresy tych dziwnych przybytków (często serwujących zachwycające dania) podaje się pocztą pantoflową tylko zaufanym osobom, najczęściej dość majętnym ludziom biznesu, czy uznanym krytykom kulinarnym. A jednocześnie w pakiecie otrzymuje się obietnicę chińskiej odpowiedzi na El Bulli Ferrana Adri, czy operowy śpiew kucharki, która oficjalnie pracuje jako profesjonalna śpiewaczka opery syczuańskiej.


Brudne jedzenie

Przewodnikiem po kuchni chińskiej Fuchsia Dunlop stała się po tym, jak po rozsmakowaniu się w dziwacznych potrawach, została absolwentką Syczuańskiej Akademii Sztuki Kulinarnej. Brytyjka, której od dzieciństwa nieobce były etniczne smaki dała się porwać kuchni chińskiej na tyle, że poznała specyficzne smaki każdej chińskiej prowincji, jej odniesienia kulturowe i historyczne, a także wydała szereg kulinarnych przewodników m.in. o kuchni: syczuańskiej, kuchni Mao, kuchni cesarskiej, dość pomieszanej z zachodnią kuchni Hongkongu i zupełnie odmiennej od wszystkich kuchni prowincji Xinjiang.

I chociaż Fuchsia tą książką złożyła hołd zróżnicowanej i bogatej kuchni państwa środka, podzieliła się również swoimi rozterkami, które nagromadziły się po latach obserwacji. Przede wszystkim zwróciła uwagę na ogromną skalę chińskiego konsumpcjonizmu i marnotrawstwa jedzenia (mimo że jedzą wszystko) oraz związanym z tym ogromnym niszczeniem środowiska: ścieki zamiast czystych rzek, ogromne skażenie paszy dla zwierząt, nadmiarowe stosowanie pestycydów, narażenie na wyginięcie wielu zagrożonych gatunków zwierząt, korupcja związana z produkcją i obrotem żywności, a także zbyt popularne i nadmierne stosowanie w jedzeniu glutaminianu sodu.

Czy w związku z tym cena różnorodności jest wytłumaczeniem dla „brudnej” żywności? Fuchsia Dunlop pomimo tego, że przystopowała z chińskim obżarstwem wciąż przekonuje, że warto poznać prawdziwą kuchnię chińską. Wprawdzie jej zapał neofity przygasł, to nabycie doświadczenia nowych smaków spowodowaoł przełom w otwartości na zrozumienie innej kultury. Czy mnie tym przekonała? Niekoniecznie, ale lektura tej książki była mimo to - fascynująca.


____________________

Za podarowanie egzemplarza serdecznie dziękuję negresce :)
Recenzja opublikowana również na blogu Czytelniczy

* Fuchsia Dunlop – Płetwa rekina i syczuański pieprz. Słodko-kwaśny pamiętnik kulinarny z Chin, wyd. Świat Książki 2011


niedziela, 13 marca 2016

Czwarte urodziny

  'Przedszkolaki' się rozleniwiły, czyli podsumowanie bardzo słabego roku :)

Pora najwyższa na podsumowanie, choć w zasadzie prawie nie ma czego podsumowywać.
Niemniej - strona istnieje, dwa wpisy się pojawiły ;), ludzie zaglądają, a na FB - pod tym linkiem wciąż przybywa sympatyków. I tu właśnie chciałabym bardzo wszystkim podziękować za te dowody sympatii, a dodatkowe wielkie podziękowania dla Aine za jej piękny wpis "Zobaczyć Sorrento i umrzeć" Katarzyny Kwiatkowskiej. Tak, to był ten drugi wpis ;), po moim.

Podsumujmy więc same statystyki :)
Całego bloga wyświetlono prawie 41 tys. razy. Trzy strony, z których jest najwięcej wejść to blog Zemfiroczki - Czytelniczy (ok. 350 wejść), blog mój (ok. 300 wejść) i FB oraz blog Biblioteczka Magdalenardo (ok. 110 wejść).

 Pięć najpopularniejszych recenzji to:
1. Stuletnia gospoda Katarzyna Majgier - autor Negresca - 3349 wyświetleń (awans z drugiego miejsca)
2. Przepisy Tatiany Paullina Simons- autor Maniaczytania - 2487 wyświetleń (spadek z pierwszego)
3. Abel i Kain Katarzyna Kwiatkowska - autor Aine - 801 wyświetleń (awans z czwartego)
4. Przepiórki w płatkach róży Laura Esquivel - autor Maniaczytania - 785 wyświetleń (spadek z 3)
5. Wiśniowy Klub Książki Ashton Lee - autor Maniaczytania - 633 wyświetlenia (bez zmian)


 A czy strona przetrwa kolejny rok? Ja mam wielką nadzieję, że tak! W zanadrzu mam kolejne wpisy, kolejne lektury już przeczytane lub choćby zebrane. Ale chyba też pojawią się tu wpisy niekoniecznie z samymi recenzjami. Pomysłów sporo - trzymajcie kciuki za czas i wenę :)

sobota, 31 października 2015

Zobaczyć Sorrento i umrzeć


Konstancja Radolińska długo była dla mnie bardzo tajemniczą postacią. Nie znałam nawet jej nazwiska, wiedziałam tylko, że jest ona bardzo ważną osobą dla Jana Morawskiego - podróżnika, detektywa, który spokojnie mógłby złamać niejedno panieńskie serce,

Morawski - to główny bohater Zbrodni w błękicie oraz Abla i Kaina - kryminałów Katarzyny Kwiatkowskiej. Książek, które mnie zauroczyły – zagadką kryminalną, opisem dziewiętnastowiecznych dworków w zaborze pruskim, pysznościami kulinarnymi pojawiającymi się na tamtejszych stołach, ale przede wszystkim barwnymi postaciami – począwszy od głównych: Jana i jego kamerdynera Mateusza, poprzez mieszkańców dworku, czy pałacu, na służbie i sąsiadach skończywszy.

Tajemnicza przeszłość Jana Morawskiego, sugerowane mimochodem skandale, duży majątek, niejasne zajęcia, związane z wielkimi tego świata, liczne podróże, wzmacniały moje zainteresowanie w trakcie lektury. Związek Jana z Konstancją również był zaledwie sugerowany i pełen niedopowiedzeń. Jedno było wiadomo – drobna nawet wzmianka kamerdynera Mateusza o ewentualnej reakcji Konstancji na takie, czy inne działania Jana, nie pozostawiała wątpliwości, że liczy się on z jej opinią.  Nie da się ukryć, że autorka umiejętnie dawkowała informacje o swoich bohaterach, wzmacniając mój apetyt na kolejne książki.

I oto niespodzianka – oczekiwana trzecia część nie jest kontynuacją przygód Jana! Co więcej, miejsce akcji to też nie Wielkie Księstwo Poznańskie, ale upalne Włochy. Tym razem autorka przybliża nam postać Konstancji, wysyłając Jana w bardzo ważnej misji do Mediolanu, zamiast na wakacyjne spotkanie z prawie narzeczoną w Amalfi.

Konstancja dowiaduje się o zmianie planów przypadkiem – podsłuchując rozmowę brata z mocodawcą Jana – pułkownikiem Richardsem. Oczywiście nieładnie jest podsłuchiwać, ale jakże pożytecznie!
Oprócz informacji istotnych dla niej prywatnie, dziewczyna dowiaduje się szczegółów akcji mającej na celu zapobieżenie zamachom na kilku przywódców państw. Sprawa jest bardzo poważna, wszak 29 lipca 1900 dokonano udanego zamachu na króla Włoch Umberto I. Wszystko wskazuje na to, że w Hotelu Royal w Sorrento zaplanowane jest spotkanie spiskowców, a pośredniczką jest najprawdopodobniej francuska piękność Eleanor Duval. Spokój Konstancji zostaje wystawiony na próbę, a ego zranione, gdy słyszy, że Jan, zafascynowany śmiałością i ekstrawagancją Francuzki, był z nią kiedyś związany. W jednej chwili Polka postanawia rozwikłać intrygę i zdobyć w ten sposób podziw oraz zdecydowaną deklarację Jana.

Sorrento port 

Konstancja zręcznie wpływa na decyzję angielskiej ciotki, której towarzyszy i panie, zamiast do Amalfi, udają się do Sorrento. Szczęście im sprzyja i pomimo trwającego sezonu, dostają pokoje w upatrzonym, ekskluzywnym Hotelu Royal. Razem z Konstancją i czcigodną Victorią przebywa tam między innymi pułkownik Richards z młodziutką żoną, włoski duca di Nocera, wyemancypowana Amerykanka Hetty Chester z bratanicą Lawinią, rosyjski książę, Francuzi Eleanor Duval i towarzyszący jej niemal na każdym kroku, Julien de Preissac, niemieckie małżeństwo oraz Serb Paweł Tarkovic. Wśród tak zróżnicowanego narodowościowo towarzystwa z powodzeniem mogą ukrywać się spiskowcy polityczni, a niewinne rozmowy towarzyskie niejednokrotnie zmieniają się pojedynki słowne.

Nie mija wiele czasu i w hotelu dochodzi do morderstwa, a Konstancja podejrzewając, że może ono mieć związek ze spiskiem, postanawia więc rozwiązać również i tę zagadkę. Może jednak jest to le crime passionne? Wkrótce do gości hotelowych dołącza przystojny Amerykanin Jake Thornton, prawnik poszukujący skradzionych obrazów i sprawy jeszcze bardziej się komplikują.

Sieć wzajemnych powiązań i podejrzeń robi się coraz gęstsza. Okazuje się, że wielu z gości nie jest tymi za których się podaje, a ich słowa często nie pokrywają się z czynami. Trzeba przyznać, że autorka doskonale tka tę pajęczynę i umiejętnie, poprzez rozważania Konstancji, sugeruje czytelnikowi rozwiązania intrygi, by za chwilę zasiać niepewność i skierować uwagę na zupełnie inną postać.

Oprócz intrygi sensacyjnej i kryminalnej Katarzyna Kwiatkowska maluje słowami również szczegółowy obraz Sorrento, Neapolu i Capri u progu dwudziestego wieku. Zbytek luksusowych hoteli i wykwintnych posiłków kontrastuje z wszechobecną nędzą setek neapolitańczyków. Flegmatyzm Anglików, czy surowość protestanckich Niemców podkreśla krzykliwość południowców oraz ich żarliwą i widowiskową, ale pełną zabobonów religijność.

Gwar wąskich uliczek, zatłoczonych placów i zastygła cisza popiołów w Pompejach, duszące opary i wyziewy z krateru Wezuwiusza i szmaragdowe morze oraz baśniowa Lazurowa Grota na Capri.
Nie zabrakło też kulinarnych zapachów i smaków charakterystycznych dla południowych Włoch. Obowiązkowo musiała pojawić się prawdziwa, neapolitańska pizza.


Dochodziła pierwsza i na ulicach odbywało się wielkie kucharzenie: ziemniaki bąbelkowały w oleju, sardynki skwierczały na patelniach, pory kotłowały się w rondlach, pomidory przypiekały na blachach, makaron wrzał w saganach. Zewsząd dobiegały okrzyki sprzedawców reklamujących swój towar. (...) Największe tłumy kłębiły się jednak wokół stoisk z przysmakiem, który od stuleci stanowił specjalność Neapolu: było to ciasto smarowane oliwą, okładane pomidorami i tartym serem, a czasami także małymi rybkami. Nazywało się pizza i podobno zyskało uznanie samej królowej. By upamiętnić jej pochwały, ciasto upieczone w barwach włoskiej flagi nazwano pizza Margherita. Konstancja miała wielką ochotę na pizza i Jake chyba zauważył jej łakome spojrzenia, bo podszedł do sprzedawcy i kupił dwa kawałki. Pizzaiolo prawie oszalał z zachwytu, że due americani wybrali jego ciasto, ustawił swym gościom pod drzewem dwa rozchwierutane krzesełka, a potem krzykliwie informował przechodzących znajomych, że sława jego pizza dojdzie do samej Ameryki. [1]
Na straganach kusiły też kiełbaski, wędzone mięso, sery, owoce morza – homary, ostrygi, ośmiornice, małże, tłuste pączki i ciasta. Podczas pobytu we Włoszech nie mogło zabraknąć wizyty w trattorii. Bohaterowie delektują się spaghetti alla napoletana i tagliatelle alla bolognese, którym towarzyszy doskonałe chianti.

W trakcie pobytu w Sorrento Konstancja zakochała się też w dojrzałych, słodkich jak miód, figach.

Kosztowała (…) wszystkiego, najbardziej zachwycając się ciemnymi figami. Sprzedawca z uśmiechem podsunął Konstancji koszyk, a ona dotknęła ciemnofioletowej kuli, które pękła jej w dłoni. Zdążyła włożyć ja do ust, zanim całkowicie się rozpadła, ale po brodzie pociekł jej miód, a palce stały się lepkie. Oblizała je i wierzchem dłoni otarła twarz. Figa była jeszcze lepsza, niż dziewczyna się spodziewała: cieniutka skóreczka skrywała miriady drobnych pestek zatopionych w słodkim miąższu.[2]


Zamiana Jana Morawskiego na Konstancję oraz przeniesienie miejsca akcji do południowych Włoch wpłynęła bardzo odświeżająco na cykl kryminałów-retro Katarzyny Kwiatkowskiej. Konstancja, ze względu na to, że jest kobietą, jest zmuszona prowadzić swoje śledztwo w zupełnie inny sposób niż Jan. Ze względu na płeć ma dużo ograniczone pole manewru,  trzeba przestrzegać etykiety, a samotne spacery w niektórych dzielnicach Neapolu mogą okazać się niebezpieczne. Decyzja o prowadzeniu amatorskiego śledztwo to przełom w życiu Konstancji, wyrwanie się z ram konwenansów i poszukiwanie własnego 'ja'.

Zobaczyć Sorrento i umrzeć nie zabrakło żadnego z atutów, którymi kusiły poprzednie książki. Zagadka jest jeszcze bardziej misterna i wielopoziomowa, opisy jak już wspomniałam, realistyczne i bogate w szczegóły, poparte dokładnym przygotowaniem historycznym i topograficznym. Galeria postaci barwna i zróżnicowana, choć ze względu na o wiele większą liczbę bohaterów z konieczności każdy z nich ma trochę mniej czasu na prezentację. Moją ulubienicą została pełna niespodzianek cioteczka, czcigodna Victoria Greville.

Podobnie jak w poprzednich częściach są też książki w książce. Uwielbiam ten aspekt w pisarstwie pani Kwiatkowskiej – jej bohaterowie czytają i sporo można dowiedzieć się o ich charakterach po doborze lektur. Oczywiście tytuły nie są przypadkowe – to autentyczne książki dostępne ówczesnym ludziom. Na przykład Konstancja podsłuchując rozmowę brata z pułkownikiem Richardsem czuje się jak w powieści Williama Le Queuxa, a czyta Księżnę de Cleves, żona pułkownika Richardsa nowość London to Ladysmith via Pretoria Winstona Churchilla, ciotka Victoria świetnie się bawi przy lekturze Prostaczków za granicą Marka Twaina, zaś panna Hetty wprowadza atmosferę niepokoju wspominając w najmniej odpowiednim momencie powieść Banda Czarnej Ręki.

Wszystkich miłośników dobrze napisanych kryminałów-retro zachęcam do wycieczki do Sorrento. Nie dajcie się zwieść, wydawałoby się dość przeciętnym, gabarytom książki. Zobaczyć Sorrento i umrzeć ma stosunkowo małą czcionkę (co jest jedyną wadą tej książki) i te trzysta czterdzieści stron to tak naprawdę sporo więcej pysznej lektury.


[1]Katarzyna Kwiatkowska, Zobaczyć Sorrento i umrzeć, rozpisani.pl, Warszawa 2014, str.137-138
[2] jw. str. 111

Zdjęcie portu w Sorrento na licencji CC BY-NC-ND 2.0, autor Mariusz Kluzniak

Wpis o Sorrento pojawił się najpierw na moim blogu.

niedziela, 23 sierpnia 2015

Czekolada - Joanne Harris



"Czekoladę" poznałam najpierw w wersji filmowej, dobre ponad 10 lat temu. Pokochałam ten film od razu - ze względu na klimat, ciepło, ciekawych bohaterów, muzykę, tajemniczość, świetnych aktorów (Juliette Binoche, Judi Dench, Johnny Depp) i wszechobecną czekoladę - nie oglądajcie tego filmu, gdy jesteście głodni!
Fabuła w wielkim skrócie i bez spojlerów (jakby ktoś jeszcze nie znał tej historii) - młoda kobieta Vianne wraz z córką przybywa do małego francuskiego miasteczka. Kupuje dom ze sklepikiem na dole i urządza tam raj dla miłośników wyrobów z ziaren kakaowca. Powoli próbuje zżyć się z mieszkańcami i zapuścić korzenie przy okazji lekko 'czarując' - słodycze, które robi mają magiczną moc - spełniają ukryte pragnienia, a Vianne dokładnie wie, jaki smak lubi każdy jej gość, zanim on zdąży złożyć zamówienie. Naraża się ona jednak miejscowemu burmistrzowi i grupce pań, które nie lubią zmian. Dodatkowo sprawy komplikują się, gdy do miasteczka przypływają Cyganie.


Jakiś czas temu miałam okazję przeczytać książkę Joanne Harris, na podstawie której ten film nakręcono. I cóż ... uczucia po skończeniu lektury miałam mocno mieszane ... Scenarzyści sporo zmienili - część zmian w jakimś stopniu rozumiem (zamianę złego księdza na burmistrza), część wyszła na dobre ... filmowi, bo powieść już taka ciepła nie jest. I to był mój największy szok - postać głównej bohaterki, która jest spiritus movens całej opowieści. Filmowa Vianne jest ciepła, urocza, jest świetną, choć błądzącą matką, pomaga innym nienachalnie, działa delikatnie i z taktem. Tymczasem książkowa nie wzbudziła mojej sympatii, okazała się być manipulatorką i osobą wszechwiedzącą, która wie lepiej od innych, co jest dla nich dobre i podejmuje za nich ważne decyzje. Nie znajduję w sobie ani krztyny zrozumienia dla tego, jak się zachowała wobec Roux oraz Josephine, a przecież była dla obojga przyjaciółką. Nie podobał mi się również bardzo jednostronnie ukazany wątek księdza - wcielenia całego zła świata, choć rozumiem zabieg autorki i jakoś znajduje on uzasadnienie w fabule.

Podsumowując - książka kontra adaptacja - 1:0 dla adaptacji!

A Wy - co wolicie - film czy książkę? :)