I kolejna przeczytana przeze mnie na początku tego roku :)
Sięgnęłam po książkę Stacey Ballis, bo po pierwsze ma bardzo zachęcającą
okładkę, po drugie zawiera połączenie, które lubię, czyli znowu
kulinaria ;),
a po trzecie spodziewałam się jakiejś miłej pokrzepiającej historii.
Wiedziałam oczywiście, że powieść nie jest z 'pierwszej ligi', ale ja
lubię od czasu czasu takie czytadło przeczytać.
I mały zgrzyt,
jakoś tak zaraz na początku, coś, co mi jednak do czytadła nie pasuje,
coś, co mnie zaskoczyło w takim gatunku - dość dosadne słownictwo i
bardzo swobodne opisy życia seksualnego bohaterki. Nie jestem
pruderyjna, ale gdybym chciała o czymś takim poczytać, to sięgnęłabym po
pana 'Szarego" ;) Ale to jedyne zastrzeżenie w zasadzie, jakie mam.
Jeśli się to pominie, to dostajemy całkiem zgrabną historię przemiany
bohaterki w świadomą, pewną siebie i swojej wartości kobietę, dla której
wygląd przestaje mieć wartość determinującą jej los.
Melanie
postanowiła się odchudzić, schudła połowę swojej wagi, stała się prawie
że smukłą kobietą. Ale ku jej wielkiemu zdumieniu, okazało się, że jej
mąż był z nią nie z miłości do niej, a do jej kilogramów i kiedy ona te
ostatnie straciła, zniknął jej urok w jego oczach. Melanie musi więc
jakoś wziąć się w garść, żyć dalej i skupić się na prowadzeniu baru ze
zdrowym jedzeniem. Na szczęście ma do pomocy sprawdzonych starych i
nowych przyjaciół (w tym jedną - Nadię, której udziela również gościny w
swoim domu), a na horyzoncie pojawia się także interesujący mężczyzna.
Czy Mel odnajdzie radość życia? Czy Nathan będzie mężczyzną jej życia?
Jak rozwinie się jej firma?
Tego poszukajcie w książce.
Mnie
spodobała się mnogość opisywanych relacji między ludźmi. Damsko-męskie,
ale też przyjacielskie między kobietami. Pojawia się też ciekawie
zarysowana współzależność 'lokatorska' - Mel nagle znajduje się w
kompletnie dla siebie nowej i dziwnej sytuacji, gdy wprowadza się do
niej młodsza o wiele lat Nadia - Mel nie ma dzieci i nie wie do końca,
jak ułożyć sobie stosunki - matkując, kumplując się, ingerując w życie
Nadii? No i jest troszkę szalona, ale ciepła i wesoła rodzina Nathana.
Mieszanka charakterów całkiem niezła.
Spośród wielu podobnych
książek (motyw zdradzonej kobiety, która sobie jakoś radzi) tą jednak
coś wyróżnia - ta powieść świetnie się nadaje dla osób, które chcą coś
zmienić w swoim sposobie żywienia. Widać, że autorka współpracowała przy
niej ze specjalistami z tego zakresu. Każdy bowiem rozdział ma krótkie
wprowadzenie - historię jakiejś konkretnej dla Mel potrawy (z
dzieciństwa, z małżeństwa itp.) i emocji, uczuć, skojarzeń z nią
związanych, co, jak się okazuje, ma wpływ na podejście do jedzenia, na
sposób odżywiania i głębiej na samopoczucie ogólne. Możemy przy tej
okazji zastanowić się, jak to jest u nas, czy też mamy takie potrawy,
które kojarzą nam się dobrze, albo takie, których podświadomie unikamy,
bo boimy się, że wydarzy się coś nieprzyjemnego.
Dodatkowym
bonusem są zamieszczone na końcu przepisy. Na szczęście w dwóch wersjach
- dla łasuchów i zdrowszej 'odchudzonej' też.
Oto one:
- Tłuczone ziemniaki z Dania dla Ciebie (Danie dla Ciebie to nazwa baru Melanie*)
- Tłuczone ziemniaki - wersja bardziej kaloryczna
- Babeczki czekoladowe z polewą z serka waniliowego - bez wyrzutów sumienia
- Kaloryczne babeczki z gorzką czekoladą
- Makaron z serem na co dzień
- Makaron z serem na specjalne okazje
- Klops z indyka - jak w Daniu dla Ciebie
- Teksański klops barbeque według przepisu babci
- Niedzielne naleśniki Andrew
- Zdrowe naleśniki z jabłkami
- Risotto Melanie
- Rosół taty
- Tettrazini z indyka
- Bananowiec w polewie czekoladowej według przepisu Susan
- Zdrowe muffiny bananowe z kawałkami czekolady
- Wyśmienity duszony mostek
- Makaron z orzeszkami ziemnymi i sezamem według przepisu Douga
- Ciasteczka z masłem orzechowym
- Spaghetti z klopsikami
- Słynne chili Super Bowl
- Zdrowe chili
- Szarlotka Gillian
- Klasyczna zupa pomidorowa i grillowany ser
- Zdrowa zupa z pieczonych pomidorów i grillowany ser
- Smażony kurczak Delii
- Zdrowy pieczony smażony kurczak (tak jest napisane w książce*)
- Zapiekanka z peklowanej wołowiny
- Zdrowa zapiekanka
- Krem ze szpinaku a'la Covenant Club
- Zdrowsze pieguski
- Bekon
- Kanapka z bekonem, masłem orzechowym i dżemem (uuu*)
- Masło z bekonem i miodem (uuuuu*)
- Podstawowe świąteczne nadzienie
- Cheeseburgery
- Burgery z indyka
* komentarze w nawiasach - moje
poniedziałek, 9 września 2013
czwartek, 29 sierpnia 2013
Czosnek i szafiry – intrygujący tytuł książki około kulinarnej
Podtytuł książki brzmi: sekretne życie krytyka w przebraniu
Autorką jest Ruth Reichl, Amerykanka, której zaproponowano posadę krytyka kulinarnego w prestiżowym The New York Times.
Książka napisana jest lekkim, subtelnym piórem, ale czytając ją nie mogłam się uwolnić od wrażenia, że znalazłam się w komediowo przerysowanym świecie Luisa de Funes i jego perypetii typu „skrzydełko czy nóżka”. Bo książkowa Ruth, wybierając się do restauracji, o której chce napisać do gazety, chce tam być incognito, więc przebiera się w coraz to inne postaci: hippiskę, staruszkę, nawet swoją zmarłą matkę. Szaleństwo! No fakt, że krytyka inaczej by obsługiwano, niż zwykłego klienta, a opinia o restauracji winna być w miarę obiektywna, więc wszystkie chwyty dozwolone.
Nie wiem, czy to jest prawda z tym przebieraniem się, czy tylko taka literacka fikcja, ale w książce to dobry pomysł dla dramaturgii akcji i zabieg ten pozwolił autorce na pokazanie zróżnicowania klasowego społeczeństwa amerykańskiego i sztampowego stempelka w ocenianiu ludzi. Ubierasz się w takie, a nie inne ciuchy, czeszesz się tak i tak – a więc jesteś z nizin, z granicy marginesu i nie ma dla ciebie miejsca wśród nas. Damy ci to odczuć, oj, damy.
Ale zostawmy na boku tę śmieszną w świecie dorosłych grę w podchody – i przejdźmy lepiej do strony kulinarnej. O! tu jest znacznie, znacznie lepiej. Właściwie to za mało powiedziane. Tu jest świetnie!
Opisy dań i wnętrz lokali – to poezja. Górna półka. Są tak sugestywne, że gdybym znalazła się kiedyś w N.Y. to myślę, że rozpoznałabym opisywane miejsca i odnalazła smaki, które zasugerowała Ruth.
Posłuchajcie fragmentów:
„Nie próbowałam nigdy czegoś takiego jak jego surowy tuńczyk. Czysta, niemal przeźroczysta ryba, została obtoczona w kawiorze, tak, że niemal świeciła na czerwono, jak rubiny wśród pereł. Dookoła ułożone były girlandy z pora, przetykane tajemniczymi czarnymi punkcikami.”
„Kiedy przyniesiono łososia, spory kawałek pomarańczowego mięsa w głęboko purpurowym sosie (…) wzięłam kawałek ryby do ust i natychmiast zapomniałam o wszystkim oprócz tego, co działo się w moich ustach, mięso i chrupiące kawałki karczocha tańczyły razem tango. Miękkość ryby włożona była między chrupkość warstw – na spodzie karczochy, na wierzchu grzanki z chleba, smaki pojawiały się i znikały w szaleńczym tempie. Zdawało mi się, że spróbowałam kasztana, za moment smak znikał wchłonięty przez ciężki smak wina.”
„A potem już nic nie mówiłam, ponieważ spróbowałam jednego z ptysiów i skoncentrowałam się na tym jak po prostu wyparował zmieniając się w gorące, serowe powietrze, kiedy zamykałam je w ustach.”
Zjadłoby się, co?
No to przepisik, proszę bardzo (sama mam w planie go wypróbować)
Ptysie serowe Gougeres
1 szklanka wody
200 g niesolonego masła
1 i ½ łyżeczki soli
1 i ½ szklanki mąki
5 jaj
1 szklanka pokrojonego w kostkę sera Gruyere
Pieprz do smaku
½ szklanki startego sera Gruyere
Rozgrzać piec do 270 st. C
Zmieszać wodę, masło i łyżeczkę soli w rondlu i doprowadzić do wrzenia, mieszając aż masło się roztopi. Zdjąć rondel z palnika, gdy płyn trochę wystygnie, dodać mąkę i dokładnie wymieszać. Postawić rondel z powrotem na ogniu, doprowadzić do wysokiej temperatury, mieszać drewnianą łyżką dopóki ciasto nie zacznie odchodzić od brzegów rondla. Zdjąć z ognia.
Pojedynczo dodawać jajka i wymieszać dokładnie, aby masa stała się jednolita. Dodać pokrojony w kostkę ser, pozostałe pół łyżeczki soli i trochę pieprzu. Dobrze wymieszać.
Kłaść masę za pomocą łyżki na dobrze nasmarowaną masłem blachę do pieczenia. Każdy ptyś wygładzić na wierzchu i po bokach przy pomocy noża i posypać startym serem.
Piec partiami po 25 minut dopóki nie urosną i się nie zezłocą.
Natychmiast podawać.
Są organizowane takie wycieczki śladami bohaterów książek, filmów czy celebrytów, ot, choćby śladami Petera Mayle`a we Francji; myślę, że na wycieczkę śladami Ruth Reichl w Nowym Yorku nie zabrakłoby chętnych:)
Została nam jeszcze do omówienia sprawa tytułu książki: „Czosnek i szafiry”. Dlaczego taki? Pod koniec książki rzucono nam trop. Mąż bohaterki, nie mogąc znieść jej przeobrażania się w różne indywidua i jej zachowania wówczas, tak złego i różnego od tego, kim w istocie jest, mówi:
„Nie mogłem tam zostać i patrzeć na to, co robisz. Nienawidzę, kiedy udajesz, że jesteś tą osobą. (…) Krytykiem Restauracji New York Timesa. (…) Cały czas miałem w głowie ostatni wers T.S. Eliota z „Czterech kwartetów”: <czosnek i szafiry w błocie>. Przypomniało mi się to, kiedy wpadłaś w ten niemal trans”.
Oooo …. nie lubię tego: kilka słów wyrwanych z kontekstu, nic nie mówiących, przynajmniej mnie, bo nie znam tego wiersza. Ale dwujęzyczny Eliot stoi mi na półce, zajrzyjmy:
„Cztery kwartety” to całość stworzona z czterech wierszy. Czosnek i szafiry znajduję w pierwszym z nich, w „Burnt Norton”, i to w środku, nie na końcu. Tu można go przeczytać: http://beau.blox.pl/tagi_b/180451/Eliot-T-S.html
Wydaje mi się, że cytat w książce Ruth Reichl nie ma żadnego związku z treścią wiersza Eliota. No, owszem – czosnek i szafiry w błocie – to nośne, efektowne porównanie; coś drogocennego (jak bohaterka książki) rzucone w błoto codzienności, często przejmuje jego najgorsze cechy, zatraca swą drogocenną doskonałość. Ale cytowany wiersz Eliota jest o czymś zupełnie innym. To rozważanie o czasie i wieczności i jednocześnie podsumowanie ewolucji twórczej artysty (tak uważają znawcy jego poezji).
Ruth Reichl wykorzystała po prostu jego efektownie brzmiące słowa do swoich celów.
Cóż, bywa i tak.
Autorką jest Ruth Reichl, Amerykanka, której zaproponowano posadę krytyka kulinarnego w prestiżowym The New York Times.
Książka napisana jest lekkim, subtelnym piórem, ale czytając ją nie mogłam się uwolnić od wrażenia, że znalazłam się w komediowo przerysowanym świecie Luisa de Funes i jego perypetii typu „skrzydełko czy nóżka”. Bo książkowa Ruth, wybierając się do restauracji, o której chce napisać do gazety, chce tam być incognito, więc przebiera się w coraz to inne postaci: hippiskę, staruszkę, nawet swoją zmarłą matkę. Szaleństwo! No fakt, że krytyka inaczej by obsługiwano, niż zwykłego klienta, a opinia o restauracji winna być w miarę obiektywna, więc wszystkie chwyty dozwolone.
Nie wiem, czy to jest prawda z tym przebieraniem się, czy tylko taka literacka fikcja, ale w książce to dobry pomysł dla dramaturgii akcji i zabieg ten pozwolił autorce na pokazanie zróżnicowania klasowego społeczeństwa amerykańskiego i sztampowego stempelka w ocenianiu ludzi. Ubierasz się w takie, a nie inne ciuchy, czeszesz się tak i tak – a więc jesteś z nizin, z granicy marginesu i nie ma dla ciebie miejsca wśród nas. Damy ci to odczuć, oj, damy.
Ale zostawmy na boku tę śmieszną w świecie dorosłych grę w podchody – i przejdźmy lepiej do strony kulinarnej. O! tu jest znacznie, znacznie lepiej. Właściwie to za mało powiedziane. Tu jest świetnie!
Opisy dań i wnętrz lokali – to poezja. Górna półka. Są tak sugestywne, że gdybym znalazła się kiedyś w N.Y. to myślę, że rozpoznałabym opisywane miejsca i odnalazła smaki, które zasugerowała Ruth.
Posłuchajcie fragmentów:
„Nie próbowałam nigdy czegoś takiego jak jego surowy tuńczyk. Czysta, niemal przeźroczysta ryba, została obtoczona w kawiorze, tak, że niemal świeciła na czerwono, jak rubiny wśród pereł. Dookoła ułożone były girlandy z pora, przetykane tajemniczymi czarnymi punkcikami.”
„Kiedy przyniesiono łososia, spory kawałek pomarańczowego mięsa w głęboko purpurowym sosie (…) wzięłam kawałek ryby do ust i natychmiast zapomniałam o wszystkim oprócz tego, co działo się w moich ustach, mięso i chrupiące kawałki karczocha tańczyły razem tango. Miękkość ryby włożona była między chrupkość warstw – na spodzie karczochy, na wierzchu grzanki z chleba, smaki pojawiały się i znikały w szaleńczym tempie. Zdawało mi się, że spróbowałam kasztana, za moment smak znikał wchłonięty przez ciężki smak wina.”
„A potem już nic nie mówiłam, ponieważ spróbowałam jednego z ptysiów i skoncentrowałam się na tym jak po prostu wyparował zmieniając się w gorące, serowe powietrze, kiedy zamykałam je w ustach.”
Zjadłoby się, co?
No to przepisik, proszę bardzo (sama mam w planie go wypróbować)
Ptysie serowe Gougeres
1 szklanka wody
200 g niesolonego masła
1 i ½ łyżeczki soli
1 i ½ szklanki mąki
5 jaj
1 szklanka pokrojonego w kostkę sera Gruyere
Pieprz do smaku
½ szklanki startego sera Gruyere
Rozgrzać piec do 270 st. C
Zmieszać wodę, masło i łyżeczkę soli w rondlu i doprowadzić do wrzenia, mieszając aż masło się roztopi. Zdjąć rondel z palnika, gdy płyn trochę wystygnie, dodać mąkę i dokładnie wymieszać. Postawić rondel z powrotem na ogniu, doprowadzić do wysokiej temperatury, mieszać drewnianą łyżką dopóki ciasto nie zacznie odchodzić od brzegów rondla. Zdjąć z ognia.
Pojedynczo dodawać jajka i wymieszać dokładnie, aby masa stała się jednolita. Dodać pokrojony w kostkę ser, pozostałe pół łyżeczki soli i trochę pieprzu. Dobrze wymieszać.
Kłaść masę za pomocą łyżki na dobrze nasmarowaną masłem blachę do pieczenia. Każdy ptyś wygładzić na wierzchu i po bokach przy pomocy noża i posypać startym serem.
Piec partiami po 25 minut dopóki nie urosną i się nie zezłocą.
Natychmiast podawać.
Są organizowane takie wycieczki śladami bohaterów książek, filmów czy celebrytów, ot, choćby śladami Petera Mayle`a we Francji; myślę, że na wycieczkę śladami Ruth Reichl w Nowym Yorku nie zabrakłoby chętnych:)
Została nam jeszcze do omówienia sprawa tytułu książki: „Czosnek i szafiry”. Dlaczego taki? Pod koniec książki rzucono nam trop. Mąż bohaterki, nie mogąc znieść jej przeobrażania się w różne indywidua i jej zachowania wówczas, tak złego i różnego od tego, kim w istocie jest, mówi:
„Nie mogłem tam zostać i patrzeć na to, co robisz. Nienawidzę, kiedy udajesz, że jesteś tą osobą. (…) Krytykiem Restauracji New York Timesa. (…) Cały czas miałem w głowie ostatni wers T.S. Eliota z „Czterech kwartetów”: <czosnek i szafiry w błocie>. Przypomniało mi się to, kiedy wpadłaś w ten niemal trans”.
Oooo …. nie lubię tego: kilka słów wyrwanych z kontekstu, nic nie mówiących, przynajmniej mnie, bo nie znam tego wiersza. Ale dwujęzyczny Eliot stoi mi na półce, zajrzyjmy:
„Cztery kwartety” to całość stworzona z czterech wierszy. Czosnek i szafiry znajduję w pierwszym z nich, w „Burnt Norton”, i to w środku, nie na końcu. Tu można go przeczytać: http://beau.blox.pl/tagi_b/180451/Eliot-T-S.html
Wydaje mi się, że cytat w książce Ruth Reichl nie ma żadnego związku z treścią wiersza Eliota. No, owszem – czosnek i szafiry w błocie – to nośne, efektowne porównanie; coś drogocennego (jak bohaterka książki) rzucone w błoto codzienności, często przejmuje jego najgorsze cechy, zatraca swą drogocenną doskonałość. Ale cytowany wiersz Eliota jest o czymś zupełnie innym. To rozważanie o czasie i wieczności i jednocześnie podsumowanie ewolucji twórczej artysty (tak uważają znawcy jego poezji).
Ruth Reichl wykorzystała po prostu jego efektownie brzmiące słowa do swoich celów.
Cóż, bywa i tak.
poniedziałek, 12 sierpnia 2013
"Przepiórki w płatkach róży" Laura Esquivel
Dawno nie zamieściłam tutaj żadnej recenzji, a przecież to jedno z moich ukochanych wyzwań i książek już się trochę nazbierało :)
Pierwszą, którą przeczytałam w tym roku (czyli dawno, bo w styczniu!) była wielokrotnie pojawiająca się po rzuceniu hasła "kulinaria w książkach", powieść Meksykanki Laury Esquivel.
Akcja powieści rozgrywa się w Meksyku w czasie walk, których echa w różnym stopniu dotykają rodziny głównej bohaterki Tity (jeden z ciekawszych wątków to ten, gdy siostra Tity - Gertrudis ucieka do żołnierzy). Ale jednak ich dom jest raczej z dala od bardziej dramatycznych wydarzeń. Tita jest najmłodszą z trzech sióstr wychowywanych samotnie przez mamę Elenę. I jako najmłodsza, zgodnie z jakimś dziwnym zwyczajem, ma zostać przy matce i opiekować się nią do śmierci. Nieważne, że o rękę Tity zabiega zakochany w niej Pedro. Przyjmuje on propozycję matki i żeni się z siostrą Tity - Rosaurą, tylko w ten sposób może być blisko ukochanej. Jednak cały czas niedoszli kochankowie-małżonkowie są pod ostrzałem reszty rodziny, nie wolno im zostawać sam na sam, nie wolno im rozmawiać na osobności, Jedyną metodą na porozumienie staje się jedzenie. Jedzenie, którego przygotowywanie leży w gestii Tity, jedzenie, z którym wiążą się tajemnicze okoliczności narodzin Tity, jej wychowanie i jej dziwne moce. Do czego to doprowadzi? Czy Tita i jej ukochany doznają kiedykolwiek spełnienia? Jaki los czeka rodzinę, w której skryte są różne tajemnice? Czy kolejne pokolenia również będą 'naznaczone'? Czy Esperanza, córka Rosaury i Pedra będzie musiała powtórzyć los Tity?
Bardzo podobała mi się historia opowiedziana przez Laurę Esquivel. Dziękuję za wszystkie polecenia - sprawdziły się zdecydowanie. Ta książka to wspaniałe połączenie tego, co lubię - sagi rodzinnej, niezwykłe j niełatwej historii miłosnej i ... kulinariów. Pięknie pokazane jest tu, jak wielką moc mają potrawy, dobór składników, przyprawy i to z jakim uczuciem je przygotowujemy. Każdy rozdział poprzedzony jest przepisem na potrawę, która jest dla tego rozdziału kluczowa.
Ciekawi bohaterowie to również wielki atut - bohaterowie podejmujący niesztampowe decyzje, bohaterowie szlachetni (cudowna postać doktora Johna) i kompletnie pozbawieni dobrych ludzkich cech. Bardzo zresztą kobieca to powieść, bo przecież trzy siostry i ich matka są samym sednem opowieści, są silne i władcze (każda na swój sposób), co trochę dziwne w kontekście kultu "macho" charakterystycznego dla latynoskiego kręgu kulturowego.
I nie przeszkadzały mi wcale inne, charakterystyczne dla literatury iberoamerykańskiej cechy. Ani bardzo dosłowny naturalizm, ani 'magiczność', której zazwyczaj nie lubię. Tu dałam się magii porwać w tą odległą w czasie i przestrzeni krainę, gdzie uczucia są najważniejsze. I Wam, jeśli jeszcze nie znacie tej historii, zalecam to samo :)
Spis przepisów:
- Gwiazdkowe bułeczki
- Tort weselny chabela
- Przepiórki w płatkach róży
- Mole z indyka z migdałami i ziarnem sezamowym
- Kiełbasa na sposób północny
- Zupa ogonowa
- Champandongo
- Czekolada
- Kołacz na Święto Trzech Króli
- Torrejas
- Fasola na sposób tezcucański
- Chile w sosie orzechowym
Pierwszą, którą przeczytałam w tym roku (czyli dawno, bo w styczniu!) była wielokrotnie pojawiająca się po rzuceniu hasła "kulinaria w książkach", powieść Meksykanki Laury Esquivel.
Akcja powieści rozgrywa się w Meksyku w czasie walk, których echa w różnym stopniu dotykają rodziny głównej bohaterki Tity (jeden z ciekawszych wątków to ten, gdy siostra Tity - Gertrudis ucieka do żołnierzy). Ale jednak ich dom jest raczej z dala od bardziej dramatycznych wydarzeń. Tita jest najmłodszą z trzech sióstr wychowywanych samotnie przez mamę Elenę. I jako najmłodsza, zgodnie z jakimś dziwnym zwyczajem, ma zostać przy matce i opiekować się nią do śmierci. Nieważne, że o rękę Tity zabiega zakochany w niej Pedro. Przyjmuje on propozycję matki i żeni się z siostrą Tity - Rosaurą, tylko w ten sposób może być blisko ukochanej. Jednak cały czas niedoszli kochankowie-małżonkowie są pod ostrzałem reszty rodziny, nie wolno im zostawać sam na sam, nie wolno im rozmawiać na osobności, Jedyną metodą na porozumienie staje się jedzenie. Jedzenie, którego przygotowywanie leży w gestii Tity, jedzenie, z którym wiążą się tajemnicze okoliczności narodzin Tity, jej wychowanie i jej dziwne moce. Do czego to doprowadzi? Czy Tita i jej ukochany doznają kiedykolwiek spełnienia? Jaki los czeka rodzinę, w której skryte są różne tajemnice? Czy kolejne pokolenia również będą 'naznaczone'? Czy Esperanza, córka Rosaury i Pedra będzie musiała powtórzyć los Tity?
Bardzo podobała mi się historia opowiedziana przez Laurę Esquivel. Dziękuję za wszystkie polecenia - sprawdziły się zdecydowanie. Ta książka to wspaniałe połączenie tego, co lubię - sagi rodzinnej, niezwykłe j niełatwej historii miłosnej i ... kulinariów. Pięknie pokazane jest tu, jak wielką moc mają potrawy, dobór składników, przyprawy i to z jakim uczuciem je przygotowujemy. Każdy rozdział poprzedzony jest przepisem na potrawę, która jest dla tego rozdziału kluczowa.
Ciekawi bohaterowie to również wielki atut - bohaterowie podejmujący niesztampowe decyzje, bohaterowie szlachetni (cudowna postać doktora Johna) i kompletnie pozbawieni dobrych ludzkich cech. Bardzo zresztą kobieca to powieść, bo przecież trzy siostry i ich matka są samym sednem opowieści, są silne i władcze (każda na swój sposób), co trochę dziwne w kontekście kultu "macho" charakterystycznego dla latynoskiego kręgu kulturowego.
I nie przeszkadzały mi wcale inne, charakterystyczne dla literatury iberoamerykańskiej cechy. Ani bardzo dosłowny naturalizm, ani 'magiczność', której zazwyczaj nie lubię. Tu dałam się magii porwać w tą odległą w czasie i przestrzeni krainę, gdzie uczucia są najważniejsze. I Wam, jeśli jeszcze nie znacie tej historii, zalecam to samo :)
Spis przepisów:
- Gwiazdkowe bułeczki
- Tort weselny chabela
- Przepiórki w płatkach róży
- Mole z indyka z migdałami i ziarnem sezamowym
- Kiełbasa na sposób północny
- Zupa ogonowa
- Champandongo
- Czekolada
- Kołacz na Święto Trzech Króli
- Torrejas
- Fasola na sposób tezcucański
- Chile w sosie orzechowym
czwartek, 1 sierpnia 2013
Literatura od kuchni – wrażenia subiektywne
Bogusław Deptuła i jego „Literatura od kuchni” – to recenzje przeczytanych przez niego lektur, w których szczególną uwagę zwracał na obecność wątków kulinarnych.
A oto moja recenzja jego z kolei książki:)
Wrażenie pierwsze – pozytywno-nieco przerażone
O rany! Jakie książki ten facet czyta! O wielu tych autorach nawet nie słyszałam: M. Houellebecq, P. Quignard, Z. Valdes, J.K. Huysmans, J. Pontormo…. A myślałam zawsze o sobie, że jestem dość oczytana:(
Wrażenie pierwsze „a” – pozytywne – jeśli chodzi o dobór książek recenzowanych. Dość już mam antologii, które cytują opis bigosu w „Panu Tadeuszu”. Wreszcie o czymś nowym można przeczytać!
Wrażenie pierwsze „b” – bardzo pozytywne i pocieszające, bo wśród omawianych lektur znalazłam też książki, które znam! Szymborska, Proust, Czechow, Hrabal, Capote…. Ba! Jest nawet literatura dla dzieci, też mi znana: J. Brzechwa z „Pchłą Szachrajką”, T. Jansson i jej „Muminki”, Z. Nienacki z „Panem Samochodzikiem”.
Wrażenie drugie – bardzo pozytywne jeśli chodzi o konstrukcję książki; zestawienie recenzowanych dzieł w tematyczne menu to świetny naprawdę pomysł. Autor tak o tym mówi: „… wymyśliłem dwanaście literackich jadłospisów, które wydały mi się całkiem wciągające. Czytelnik może sobie przygotować cały obiad w jednorodnym stylu: powieściowym, kryminalnym, absurdalnym...”
Mnie najbardziej się podobało menu podróżne z gazpacho, kotletem Pożarskiego i ciastkiem ponczowym.
Wrażenie trzecie – mieszane, jeśli chodzi o kulinarne prezentacje dokonań autora na bazie przeczytanych lektur. Owszem, przepisy są ciekawe, na temat, widać, że wypróbowane, ale…. ja mam niedosyt. Nie, żebym się czepiała, nie, nie! Ale ideałem byłoby dla mnie wyszukanie przepisu „z epoki”, niechby nawet nie był przez autora wypróbowany, ale niechby był autentyczny. Autor nie podaje też źródeł prezentowanego przepisu, a wiadomo przecież że nie wymyślił sam przepisu na przykład na magdalenki; skądś go wziął, skąd?? Piszę akurat o magdalenkach, bo najpierw długo przedzierałam się przez test Marcela Prousta, a potem bardzo długo szukałam przepisu na to ciasteczko, takiego żeby nie trzeba było wyskrobywać go z karbowanej blachy o kształcie muszelek! Mimo, iż w końcu znalazłam satysfakcjonujący mnie przepis, i zdobyłam blachę teflonową do magdalenek, mam w planie wypróbować przepis podany przez p. Deptułę:)
Aczkolwiek – uzupełniając swoją powyższą uwagę chcę uczciwie zaznaczyć, że autor zamieszcza wśród źródeł cytatów również zestawienie książek, z których czerpał kulinarne inspiracje. I powiem wam, że wymieniane przez niego pozycje polskojęzyczne – wszystkie mam! Ale marzy mi się jakiś przepis, ot, choćby z podanej przez autora jako źródło, książki kulinarnej Aleksandra Dumasa – cóż, wydanej w nieznanym mi, niestety, języku francuskim.
Podsumowanie – tak czy inaczej – kulinarny smakosz powinien po tę książkę sięgnąć ! i cieszyć się jej smakiem:)
poniedziałek, 8 lipca 2013
Kuchnia duchów
Na moim kulinarnym regale pojawiła się nowa książka: Kuchnia
duchów – autorstwa Jael McHenry (amerykańskiej blogerki –
www.simmerblog.typepad.com – ale wpisy skończyły się na tam początku 2012
roku).
Sama nie wiem, czy chciałabym polecać tę książkę.
Powie mi więc ktoś: nie wiesz – to nie pisz! Niby logiczne.
Ale jednak nie zgadzam się z takim podejściem. Przeczytałam, to powiem, co
myślę. W końcu nie muszę być pewna, nie muszę być na „tak” albo na „nie”.
A więc książkę czytałam z zainteresowaniem i chwilami ze
wzruszeniem; ewidentnie wciągała w swój nurt, i od początku sympatyzowało się z
bohaterką. Jednak pomysł „kulinarny” był
dość karkołomny. No bo pomyślcie: naszą Ginny, mającą zresztą problemy
psychiczne (odmiana autyzmu), odwiedzają duchy zmarłych, kiedy gotuje ich
potrawy, z przepisu spisanego przez nich własnoręcznie kiedyś tam. I przekonuje
się nas, że to naprawdę prawda.
Trochę naciągane, myślę. Jednak pomysł na
„około kulinarną” książkę był ciekawy. Bo przecież potrawa – jej smak, zapach,
wygląd, sposób przygotowania – jak najbardziej mógł przywoływać wspomnienie
tych co odeszli. Ale jednak TYLKO wspomnienie.
A prezentowane tu potrawy? Nie
one są najważniejsze. Krzątanina w
kuchni jest terapią, pomaga bohaterce przystosować się do życia w
społeczeństwie. Niektóre przepisy są banalne: jajko na twardo, omlet, czy
gorąca czekolada. Zainteresował mnie
właściwie jeden przepis: na toskańską zupę ribollitę. Przepis na nią pochodzi
od włoskiej niani bohaterki. Chyba jednak bardzo zamerykanizowana była ta
niania, bo nie przejmuje się zbytnio oryginałem przepisu i zamiast obowiązkowej
czarnej kapusty - używa do gotowania tej
zupy jarmużu. Na szczęście przepis na ribollitę pojawia się raz jeszcze na
końcu książki, tym razem zgodny z toskańskim kanonem, a wypracowany jest przez
samą Ginny, która spisała efekt swoich prób i przestudiowanej literatury
przedmiotu. Popatrzcie:
„Ribollita Ginny
4 ząbki czosnku, 4 szalotki pokrojone w plasterki, pół
szklanki ugotowanej białej fasoli, pół szklanki ugotowanej cieciorki, puszka
pomidorów w zalewie, bulion z kurczaka, ¼ główki kapusty pokrojonej w paski,
1-2 łyżki świeżego oregano, 2 szklanki pokrojonego w kostkę chleba, oliwa z
oliwek, pół szklanki parmezanu, sól, czarny pieprz.
Czosnek na dnie płytkiego rondla już się złoci. Muszę
działać zanim się zrumieni. Wlewam bulion, dodaję szalotki i posiekane oregano,
zwiększam płomień. Tak jak być powinno. Wszystko po kolei. Pieprz, dwa rodzaje
ugotowanej na miękko fasoli. Pomidory. Na końcu pokrojoną w paski kapustę.
Przykrywam rondel, chroniąc zawartość przed wyparowaniem i pozwalam zmieszać
się smakom.
Na osobnej patelni
ostrożnie opiekam na oliwie kostki chleba, obracając je na wszystkie
strony, potem wykładam na papierowy ręcznik do wystygnięcia. Tuż przed podaniem
mojej ribollity dodam tarty parmezan, a na wierzchu ułożę grzanki. Od grudnia
przeczytałam i wypróbowałam kilkanaście różnych przepisów na ribollitę, ale to
jest moja ulubiona wersja. Stosuję składniki i proporcje, jakie lubię. Efekt
finalny jest dziełem jednej osoby. Trochę w nim Nonny, trochę innych osób,
których w ogóle nie znam. I w końcu trochę Ginny.”
Myślę, że przepis wart jest wypróbowania. Zrobiłam go, ale –
podobnie jak Ginny - też „po swojemu”. Dodałam łodygę selera naciowego, oregano
miałam tylko suszone, a zalewałam warzywa wodą spod gotowania fasoli, nie
bulionem. I połowę fasoli zmiksowałam. I sprawa podania. Istotą ribollity jest
odgrzewanie, ono decyduje o smaku. Więc w pierwszy dzień po ugotowaniu dodałam
do zupy grzanki i zostawiłam na noc. Dopiero na drugi dzień, po odgrzaniu,
jadłyśmy z mamą tę zupę. Wyszło świetnie i smacznie, nawet mama, która jest
dość tradycyjna, nie marudziła, tylko wsuwała ją ze smakiem.
Czytając tę książkę, pomyślałam sobie jeszcze, że –
aczkolwiek to absurdalne – ale mnie łatwo byłoby przywołać „na przepis”, bo
zupełnie sporo mam w swoim zeszycie kulinarnym przepisów spisanych
własnoręcznie:) mam też własnoręczne przepisy mamy, siostry, koleżanek. Myślę,
że czas zgromadzić je w jednym miejscu i
założyć specjalny zeszyt domowych przepisów.
niedziela, 7 kwietnia 2013
"Słodsze niż czekolada" Sheila Roberts
| źródło: www.znak.com.pl |
Samantha zawsze wiedziała, że poświęci się prowadzeniu rodzinnej fabryki czekolady. Od kiedy babcia Rose wyśniła pierwszy przepis na legendarne, najlepsze na świecie praliny, czekoladowa tradycja była przekazywana z pokolenia na pokolenie. Niestety przyszłość nie wygląda słodko. Jeśli Samantha nie zdoła spłacić zaciągniętego przez poprzedniego dyrektora kredytu, fabrykę przejmie bank oraz jego manager – irytująco arogancki przystojniak Blake Preston.
Samantha przysięga do tego nie dopuścić. Wraz z matką i siostrami wpada na wyborny pomysł: zorganizuje w miasteczku walentynkowy festiwal czekolady…
Firma "Słodkie Sny" to rodzinne przedsiębiorstwo produkujące najwyższej jakości czekoladowe przysmaki. Założycielką fabryki była prababcia Rose, której przyśniły się nietypowe przepisy na czekoladki - stąd nazwa firmy. Kolejne pokolenia rozbudowały przedsiębiorstwo, które przyczyniło się również do rozwoju ekonomicznego małej miejscowości Icicle Falls. Kłopoty zaczęły się po śmierci wnuka Rose - ojca Samanthy. Matka Samanthy wyszła drugi raz za mąż za uroczego i lubianego przez wszystkich wdowca, który jednak zupełnie nie sprawdził się jako biznesmen. Firma wpadła w kłopoty, ale dopiero po nagłej śmierci ojczyma Samatha dowiaduje się, że "Słodkie Sny" są na krawędzi bankructwa. Lokalny bank nie chce słyszeć o przedłużeniu terminu spłaty kredytu, polisa ubezpieczeniowa ojczyma wydaje się jedynym ratunkiem, ale czy można prosić mamę, która i tak nie może pozbierać się ani psychicznie, ani finansowo po śmierci męża o przeznaczenie tej wypłaty na ratowanie firmy? Samantha i jej dwie siostry: Cecily i Bailey, starają się w miarę możliwości wspierać matkę, usiłując jednocześnie rozwiązać swoje własne problemy.
Miałam nadzieję na rzeczywiście "smakowitą powieść o miłości", choć oczywiście nie oczekiwałam lektury wybitnej. Czytałam "Strajk na Boże Narodzenie" Sheili Roberts, który naprawdę mi się podobał. Niestety pozycją "Słodsze niż czekolada" mocno się rozczarowałam, a rozczarowanie było tym bardziej przykre, że zanim przeczytałam tę książkę, drugi egzemplarz podarowałam bliskiej osobie...
Pomysł miała autorka całkiem niezły, główna bohaterka walcząca o utrzymanie przy życiu rodzinnego interesu, przystojny manager banku, kulisy prowadzenia fabryki czekolady i organizacji festiwalu walentynkowego, wątek sióstr i mamy, która próbuje odnaleźć na nowo cel w życiu. Niestety z tych składników nie udało się autorce przygotować zjadliwego deseru czytelniczego, pomimo trafiających się jak rodzynki zabawnych dialogów i sytuacji.
Z przykrością stwierdzam, że bohaterek nie polubiłam, a książkę zmęczyłam - całość moich żali tutaj.
Ilość słodyczy na stronach książki - ogromna. Mamy karmelki, trufle z kremem cytrynowym i białą czekoladą, trufle w ciemnej czekoladzie i trufle koniakowe, czekoladki miętowe, lawendowe babeczki i owoce w czekoladzie. W końcu to fabryka czekolady i walentynkowy festiwal.
Na końcu książki znajdują się czekoladowe przepisy:
- Czekoladowa róża - trufle w białej czekoladzie (z wodą różaną)
- Truflowa bagatelka Bailey
- Chrupiące czekoladki Icicle Falls
- Białe krówki lawendowe
- Niedźwiedzie bobki ;))
Bardzo jestem ciekawa Waszych opinii o tej książce.
Pomysł miała autorka całkiem niezły, główna bohaterka walcząca o utrzymanie przy życiu rodzinnego interesu, przystojny manager banku, kulisy prowadzenia fabryki czekolady i organizacji festiwalu walentynkowego, wątek sióstr i mamy, która próbuje odnaleźć na nowo cel w życiu. Niestety z tych składników nie udało się autorce przygotować zjadliwego deseru czytelniczego, pomimo trafiających się jak rodzynki zabawnych dialogów i sytuacji.
Z przykrością stwierdzam, że bohaterek nie polubiłam, a książkę zmęczyłam - całość moich żali tutaj.
Ilość słodyczy na stronach książki - ogromna. Mamy karmelki, trufle z kremem cytrynowym i białą czekoladą, trufle w ciemnej czekoladzie i trufle koniakowe, czekoladki miętowe, lawendowe babeczki i owoce w czekoladzie. W końcu to fabryka czekolady i walentynkowy festiwal.
Na końcu książki znajdują się czekoladowe przepisy:
- Czekoladowa róża - trufle w białej czekoladzie (z wodą różaną)
- Truflowa bagatelka Bailey
- Chrupiące czekoladki Icicle Falls
- Białe krówki lawendowe
- Niedźwiedzie bobki ;))
Bardzo jestem ciekawa Waszych opinii o tej książce.
poniedziałek, 1 kwietnia 2013
"Kwiat Śniegu i sekretny wachlarz" Lisa See
![]() |
| źródło:merlin.pl |
Rzadko czytam książki dotyczące Wschodu, ale udział w wyzwaniu Book-Trotter zobowiązuje i trzeba było znaleźć w tym miesiącu coś chińskiego. Mój wybór padł na "Kwiat Śniegu i sekretny wachlarz" Lisy See i jestem zachwycona!
Autorka w sposób bardzo plastyczny przedstawia świat i codzienne życie chińskich kobiet w XIX wieku. Narratorką jest Lilia, która snuje swą opowieść od Dni Córki, poprzez Dni Upinania Włosów, Dni Soli i Ryżu po Dni Spokojnego Siedzenia. Świat, w którym narodziny dziewczynki nie są powodem do najmniejszej radości, nie był łatwy dla żadnej kobiety, nawet w bogatszych rodzinach. Większość życia spędzały w pokoju kobiet - na piętrze lub poddaszu. Od małego przyzwyczajane do bezwzględnego posłuszeństwa, uczone, że tylko poprzez ból osiągną piękno, mogły znaleźć zrozumienie jedynie w sercu drugiej kobiety. Dlatego tak ważne były związki zawierane przez niespokrewnione ze sobą kobiety - kilka dziewczynek z tej samej wioski, jeszcze przed rytuałem krępowania stóp, stawało się zaprzysiężonymi siostrami - często spotykały się, razem uczyły się zajęć praktycznych, dbania o dom i rodzinę, ale również sekretnego pisma kobiet, dzięki któremu mogły przesyłać sobie wiadomości. Po zamążpójściu ostatniej z sióstr związek się rozpadał. Kobiety przeprowadzały się do rodziny męża, w nowym miejscu mogły znaleźć nowe siostry wśród zamężnych kobiet.
Szczególnym związkiem między kobietami był laotong - "takie same". Dwie dziewczynki, urodzone tego samego dnia, mające tyle samo braci i sióstr, o podobnej urodzie zawierały umowę, w której przysięgały wieczną przyjaźń i wzajemne wspieranie się. Kontrakt był podpisywany w świątyni bogini płodności Gupo.
"Kwiat Śniegu i sekretny wachlarz" to opowieść o takim własnie wyjątkowym związku laotong, pomiędzy Lilią a Kwiatem Śniegu. Ale nie jest to tylko powieść o przyjaźni dwóch kobiet. To historia wielu anonimowych kobiet, których życie wypełniała ciężka praca i smutek. Pełen emocji i szczegółów obraz chińskiej kultury, zwyczajów, wierzeń, stylu życia, opowieści przekazywanych z pokolenia na pokolenie oraz fascynująca historia sekretnego pisma kobiet nu-shu.
Pośród opisów rytuałów, ceremonii i strojów nie zabrakło też posiłków - tych codziennych jak i świątecznych, specjalnych potraw podawanych dziewczynkom, by zmiękczyć ich kości przed i w trakcie krępowania bandażami stóp w celu uzyskania doskonałych "złotych lilii", czy też opisy przypraw i dań, których musiała unikać kobieta w ciąży. Jedną z niewielu przyjemności jakie spotkały bohaterki książki były wizyty u Starego Zuo, który prowadził kram ze słodyczami.
...smaży kostki taro, aż stają się miękkie w środku, lecz twarde i chrupiące z zewnątrz. Potem topi cukier w dużym woku, na ostrym ogniu. (...) potem wrzuca do niego usmażone kostki taro i miesza, aż dokładnie oblepią się karmelem. Wygarnia kostki na talerz i stawia je przed tobą na stole, obok zaś miseczkę z zimną wodą. (...) trzeba więc chwycić ją [kostkę taro] pałeczkami i zanurzyć w wodzie. Trzask, trzask, trzask! Taki dźwięk wydaje twardniejący cukier. Kiedy wbijasz zęby w kostkę, cukrowa polewa cudownie trzeszczy, zewnętrzna warstwa taro jest chrupiąca, a środek zupełnie mięciutki... (str. 71)
Pewnie trudno byłoby nam wypróbować ten przepis ze względu na niewystępującą w Polsce roślinę taro - inna jej nazwa to kolokazja. Jest to bulwiasta roślina uprawiana od tysięcy lat w Azji, w klimacie tropikalnym, obecnie również w Polinezji, Afryce i Amerykach. Jej bulwy zawierają ponad 90% skrobi, często przerabiana na mąkę.
Gdyby jednak ktoś miał dostęp do taro i chciał przygotować deser, którym raczyły się Lilia i Kwiat Śniegu - polecam szczegółowe wskazówki z oficjalnej strony autorki: Taro recipe.
| źródło: pl.wikipedia.org |
Gdyby jednak ktoś miał dostęp do taro i chciał przygotować deser, którym raczyły się Lilia i Kwiat Śniegu - polecam szczegółowe wskazówki z oficjalnej strony autorki: Taro recipe.
Zdjęcia z filmu Snow Flower and the Secret Fan pochodzą ze strony http://pinnaclefilms.com.au/
Notatka o książce ukazała się najpierw na moim blogu: Czytanie przy kominku i nie tylko.
Subskrybuj:
Posty (Atom)









