Strony

poniedziałek, 21 października 2013

Serce na talerzu – czytać? Nie czytać?



Książki z kuchnią w tle – zrobiły się ostatnio bardzo modne. Pojawiają się na półkach księgarni jak grzyby po deszczu. Kuszą przepisami zamieszczanymi w treści lub na końcu książki. Są względnie tanie. Jak jesteś cierpliwa/y – nierzadko możesz upolować okazję cenową: promocję, przecenę.
 Mają typową strukturę: bohaterka (najczęściej) znajduje się na życiowym zakręcie, jest raczej nieszczęśliwa, niespełniona, zagubiona. Co odmienia jej życie? Pewnie się domyślacie: kuchnia!
 Nie, żebym negowała wartość gotowania (kocham moją kuchnię i uwielbiam w niej pichcić!), ale ten schemat jest już tak ograny, że aż męczący w każdym kolejnym wydaniu.
 (Drugim takim tematem samograjem, zapewniającym dobrą sprzedaż, jest schemat: obcokrajowiec kupuje gdzieś tam, na prowincji dom, przeżywa szereg perypetii, w końcu jednak wrasta w lokalną społeczność, przejmuje jej tradycje, zwłaszcza kulinarne).



„Serce na talerzu” Alyssy Shelasky nie odbiega od schematu. Ale kupiłam tę książkę w wydaniu kieszonkowym, więc tanio. To plus. Miejsce akcji wydawało się obiecujące: Nowy York, Waszyngton, Boston – kto by tam nie chciał pokucharzyć?
 Minusem jest fabuła – bardzo zmęczyło mnie śledzenie losów Alyssy, która naprawdę długo (za długo) nie ma pomysłu na swoje życie, a lokowanie uczuć w tzw. wolnym związku partnerskim niesie jej same kłopoty. Alyssa nie zdobyła mojego serca, raczej nie miałabym ochoty ponownie do niej wpaść z wizytą.

Czy przepisy – choćby to były sekretne receptury sławnej nowojorskiej restauracji  – uratują tę książkę? Dla mnie jednak nie. Choć trzeba przyznać, że przepisy te kuszą i mamią. Kuszą - bo są bardzo atrakcyjnie sformułowane; tak autentycznie, gawędziarsko, domowo. Myślisz sobie: no, chyba rzeczywiście autorka te dania robiła, brzmią pysznie, chyba warto kupić tę książkę. Kupujesz ją - czytasz - idziesz do kuchni - sięgasz po rondle i.... no właśnie. I okazuje się, że książka tylko cię mami. Dużo obiecuje i raczej nie dotrzymuje obietnic. Myślisz sobie: ech! to pewnie ja nie jestem zbyt dobra, nie umiem zmierzyć się z daniem.
 Ale czy aby na pewno?
 Skusiłam się na zrobienie kultowej zupy pomidorowej z Sarabeth w N.Y. Kto by się nie skusił, czytając taki opis?:

"W czasach mojej pracy u Sarabeth patrzyłam z zadziwieniem, jak klienci nabożnie kłaniają się przed ustawionymi przed nimi miseczkami z kremem z pomidorów. Gdy wspominam komuś po latach, że byłam tam kiedyś kelnerką, pierwsze co słyszę, to: O mój Boże, ta zupa..."

Niezbyt mi się już na wstępie podobał pomysł robienia jej na bazie i mleka i śmietany jednocześnie i to gotowanych na parze – ale trzymałam się oryginalnego przepisu. Nawet użyłam pomidorów z puszki, choć była pełnia lata i soczyste, dojrzałe pomidory gruntowe kusiły na każdym straganie.
 Nie zachwyciło mnie to danie. Mamie nie smakowało zdecydowanie.
 Po tej jednej próbie dałam sobie spokój, w końcu niekoniecznie muszę próbować wszystkiego, o czym czytam.
 Poczytać książkę można, ale naprawdę niekoniecznie.

Dla porządku, gdyby ktoś był zainteresowany, podam jeszcze jakie przepisy w książce znajdują się:

Kluchy, kasztanki Punky Roger, aksamitny krem z pomidorów Sarabeth, chleb bananowy „orbitowanie bez cukru”, tosty z serem dla dwójki zakochanych dzieciaków, ciasto cytrynowe które odmieni twoje życie, nocne kanapki BLT w indykiem, chipsy z batatów, makaron z serem Marthy (Stuart), sos do sałatek mamy, idealna zapiekanka pasterska, ciasteczka z kawałkami czekolady Neimana Marcusa, sernik Lynn Papale, nadnaturalne brownie na czas rozstań i załamań, babeczki z owocami na przeprosiny, kurczak w ziołowej panierce dla głodnych ważniaków, ziemniaki Jennifer na ciepło z musztardą, łatwa ryba w stylu azjatyckim, nieokiełznana sałatka z kurczaka, wiśnie pod kruszonką dla osób o nazbyt kruchej konstrukcji, prosta pizza po trudnych chwilach, klopsiki z jagnięciny garnirowane ziarnami granatu i noworocznymi postanowieniami, fusili Nigelli z prażonymi orzeszkami piniowymi i fetą, wyborne ciastka z orzechów, rodzynków i czekolady, brudne bąbelki, quiche z cebula i czarnuszką na wypadek odwiedzin dżentelmena, wiosenna tarta, deszczowe rigatoni, prosty trifle.

poniedziałek, 9 września 2013

"Smaki życia" Stacey Ballis

I kolejna przeczytana przeze mnie na początku tego roku :)



Sięgnęłam po książkę Stacey Ballis, bo po pierwsze ma bardzo zachęcającą okładkę, po drugie zawiera połączenie, które lubię, czyli znowu kulinaria ;), a po trzecie spodziewałam się jakiejś miłej pokrzepiającej historii. Wiedziałam oczywiście, że powieść nie jest z 'pierwszej ligi', ale ja lubię od czasu czasu takie czytadło przeczytać.

I mały zgrzyt, jakoś tak zaraz na początku, coś, co mi jednak do czytadła nie pasuje, coś, co mnie zaskoczyło w takim gatunku - dość dosadne słownictwo i bardzo swobodne opisy życia seksualnego bohaterki. Nie jestem pruderyjna, ale gdybym chciała o czymś takim poczytać, to sięgnęłabym po pana 'Szarego" ;) Ale to jedyne zastrzeżenie w zasadzie, jakie mam. Jeśli się to pominie, to dostajemy całkiem zgrabną historię przemiany bohaterki w świadomą, pewną siebie i swojej wartości kobietę, dla której wygląd przestaje mieć wartość determinującą jej los.

Melanie postanowiła się odchudzić, schudła połowę swojej wagi, stała się prawie że smukłą kobietą. Ale ku jej wielkiemu zdumieniu, okazało się, że jej mąż był z nią nie z miłości do niej, a do jej kilogramów i kiedy ona te ostatnie straciła, zniknął jej urok w jego oczach. Melanie musi więc jakoś wziąć się w garść, żyć dalej i skupić się na prowadzeniu baru ze zdrowym jedzeniem. Na szczęście ma do pomocy sprawdzonych starych i nowych przyjaciół (w tym jedną - Nadię, której udziela również gościny w swoim domu), a na horyzoncie pojawia się także interesujący mężczyzna. Czy Mel odnajdzie radość życia? Czy Nathan będzie mężczyzną jej życia? Jak rozwinie się jej firma?
Tego poszukajcie w książce.

Mnie spodobała się mnogość opisywanych relacji między ludźmi. Damsko-męskie, ale też przyjacielskie między kobietami. Pojawia się też ciekawie zarysowana współzależność 'lokatorska' - Mel nagle znajduje się w kompletnie dla siebie nowej i dziwnej sytuacji, gdy wprowadza się do niej młodsza o wiele lat Nadia - Mel nie ma dzieci i nie wie do końca, jak ułożyć sobie stosunki - matkując, kumplując się, ingerując w życie Nadii? No i jest troszkę szalona, ale ciepła i wesoła rodzina Nathana. Mieszanka charakterów całkiem niezła.

Spośród wielu podobnych książek (motyw zdradzonej kobiety, która sobie jakoś radzi) tą jednak coś wyróżnia - ta powieść świetnie się nadaje dla osób, które chcą coś zmienić w swoim sposobie żywienia. Widać, że autorka współpracowała przy niej ze specjalistami z tego zakresu. Każdy bowiem rozdział ma krótkie wprowadzenie - historię jakiejś konkretnej dla Mel potrawy (z dzieciństwa, z małżeństwa itp.) i emocji, uczuć, skojarzeń z nią związanych, co, jak się okazuje, ma wpływ na podejście do jedzenia, na sposób odżywiania i głębiej na samopoczucie ogólne. Możemy przy tej okazji zastanowić się, jak to jest u nas, czy też mamy takie potrawy, które kojarzą nam się dobrze, albo takie, których podświadomie unikamy, bo boimy się, że wydarzy się coś nieprzyjemnego.

Dodatkowym bonusem są zamieszczone na końcu przepisy. Na szczęście w dwóch wersjach - dla łasuchów i zdrowszej 'odchudzonej' też.

Oto one:
- Tłuczone ziemniaki z Dania dla Ciebie (Danie dla Ciebie to nazwa baru Melanie*)
- Tłuczone ziemniaki - wersja bardziej kaloryczna
- Babeczki czekoladowe z polewą z serka waniliowego - bez wyrzutów sumienia
- Kaloryczne babeczki z gorzką czekoladą
- Makaron z serem na co dzień
- Makaron z serem na specjalne okazje
- Klops z indyka - jak w Daniu dla Ciebie
- Teksański klops barbeque według przepisu babci
- Niedzielne naleśniki Andrew
- Zdrowe naleśniki z jabłkami
- Risotto Melanie
- Rosół taty
- Tettrazini z indyka
- Bananowiec w polewie czekoladowej według przepisu Susan
- Zdrowe muffiny bananowe z kawałkami czekolady
- Wyśmienity duszony mostek
- Makaron z orzeszkami ziemnymi i sezamem według przepisu Douga
- Ciasteczka z masłem orzechowym
- Spaghetti z klopsikami
- Słynne chili Super Bowl
- Zdrowe chili
- Szarlotka Gillian
- Klasyczna zupa pomidorowa i grillowany ser
- Zdrowa zupa z pieczonych pomidorów i grillowany ser
- Smażony kurczak Delii
- Zdrowy pieczony smażony kurczak (tak jest napisane w książce*)
- Zapiekanka z peklowanej wołowiny
- Zdrowa zapiekanka
- Krem ze szpinaku a'la Covenant Club
- Zdrowsze pieguski
- Bekon
- Kanapka z bekonem, masłem orzechowym i dżemem (uuu*)
- Masło z bekonem i miodem (uuuuu*)
- Podstawowe świąteczne nadzienie
- Cheeseburgery
- Burgery z indyka


* komentarze w nawiasach - moje

czwartek, 29 sierpnia 2013

Czosnek i szafiry – intrygujący tytuł książki około kulinarnej

Podtytuł książki brzmi: sekretne życie krytyka w przebraniu
Autorką jest Ruth Reichl, Amerykanka, której zaproponowano posadę krytyka kulinarnego w prestiżowym The New York Times.



Książka napisana jest lekkim, subtelnym piórem, ale czytając ją nie mogłam się uwolnić od wrażenia, że znalazłam się w komediowo przerysowanym świecie Luisa de Funes i jego perypetii typu „skrzydełko czy nóżka”. Bo książkowa Ruth, wybierając się do restauracji, o której chce napisać do gazety, chce tam być incognito, więc przebiera się w coraz to inne postaci: hippiskę, staruszkę, nawet swoją zmarłą matkę. Szaleństwo! No fakt, że krytyka inaczej by obsługiwano, niż zwykłego klienta, a opinia o restauracji winna być w miarę obiektywna, więc wszystkie chwyty dozwolone.
Nie wiem, czy to jest prawda z tym przebieraniem się, czy tylko taka literacka fikcja, ale w książce to dobry pomysł dla dramaturgii akcji i zabieg ten pozwolił autorce na pokazanie zróżnicowania klasowego społeczeństwa amerykańskiego i sztampowego stempelka w ocenianiu ludzi. Ubierasz się w takie, a nie inne ciuchy, czeszesz się tak i tak – a więc jesteś z nizin, z granicy marginesu i nie ma dla ciebie miejsca wśród nas. Damy ci to odczuć, oj, damy.
Ale zostawmy na boku tę śmieszną w świecie dorosłych grę w podchody – i przejdźmy lepiej do strony kulinarnej. O! tu jest znacznie, znacznie lepiej. Właściwie to za mało powiedziane. Tu jest świetnie!
Opisy dań i wnętrz lokali – to poezja. Górna półka. Są tak sugestywne, że gdybym znalazła się kiedyś w N.Y. to myślę, że rozpoznałabym opisywane miejsca i odnalazła smaki, które zasugerowała Ruth.
Posłuchajcie fragmentów:
 „Nie próbowałam nigdy czegoś takiego jak jego surowy tuńczyk. Czysta, niemal przeźroczysta ryba, została obtoczona w kawiorze, tak, że niemal świeciła na czerwono, jak rubiny wśród pereł. Dookoła ułożone były girlandy z pora, przetykane tajemniczymi czarnymi punkcikami.”
 „Kiedy przyniesiono łososia, spory kawałek pomarańczowego mięsa w głęboko purpurowym sosie (…) wzięłam kawałek ryby do ust i natychmiast zapomniałam o wszystkim oprócz tego, co działo się w moich ustach, mięso i chrupiące kawałki karczocha tańczyły razem tango. Miękkość ryby włożona była między chrupkość warstw – na spodzie karczochy, na wierzchu grzanki z chleba, smaki pojawiały się i znikały w szaleńczym tempie. Zdawało mi się, że spróbowałam kasztana, za moment smak znikał wchłonięty przez ciężki smak wina.”
 „A potem już nic nie mówiłam, ponieważ spróbowałam jednego z ptysiów i skoncentrowałam się na tym jak po prostu wyparował zmieniając się w gorące, serowe powietrze, kiedy zamykałam je w ustach.”
 Zjadłoby się, co?
No to przepisik, proszę bardzo (sama mam w planie go wypróbować)
 Ptysie serowe Gougeres
1 szklanka wody
200 g niesolonego masła
1 i ½ łyżeczki soli
1 i ½ szklanki mąki
5 jaj
1 szklanka pokrojonego w kostkę sera Gruyere
Pieprz do smaku
½ szklanki startego sera Gruyere
Rozgrzać piec do 270 st. C
Zmieszać wodę, masło i łyżeczkę soli w rondlu i doprowadzić do wrzenia, mieszając aż masło się roztopi. Zdjąć rondel z palnika, gdy płyn trochę wystygnie, dodać mąkę i dokładnie wymieszać. Postawić rondel z powrotem na ogniu, doprowadzić do wysokiej temperatury, mieszać drewnianą łyżką dopóki ciasto nie zacznie odchodzić od brzegów rondla. Zdjąć z ognia.
Pojedynczo dodawać jajka i wymieszać dokładnie, aby masa stała się jednolita. Dodać pokrojony w kostkę ser, pozostałe pół łyżeczki soli i trochę pieprzu. Dobrze wymieszać.
Kłaść masę za pomocą łyżki na dobrze nasmarowaną masłem blachę do pieczenia. Każdy ptyś wygładzić na wierzchu i po bokach przy pomocy noża i posypać startym serem.
Piec partiami po 25 minut dopóki nie urosną i się nie zezłocą.
Natychmiast podawać.
 Są organizowane takie wycieczki śladami bohaterów książek, filmów czy celebrytów, ot, choćby śladami Petera Mayle`a we Francji; myślę, że na wycieczkę śladami Ruth Reichl w Nowym Yorku nie zabrakłoby chętnych:)
 Została nam jeszcze do omówienia sprawa tytułu książki: „Czosnek i szafiry”. Dlaczego taki? Pod koniec książki rzucono nam trop. Mąż bohaterki, nie mogąc znieść jej przeobrażania się w różne indywidua i jej zachowania wówczas, tak złego i różnego od tego, kim w istocie jest, mówi:
 „Nie mogłem tam zostać i patrzeć na to, co robisz. Nienawidzę, kiedy udajesz, że jesteś tą osobą. (…) Krytykiem Restauracji New York Timesa. (…) Cały czas miałem w głowie ostatni wers T.S. Eliota z „Czterech kwartetów”: <czosnek i szafiry w błocie>. Przypomniało mi się to, kiedy wpadłaś w ten niemal trans”.
 Oooo …. nie lubię tego: kilka słów wyrwanych z kontekstu, nic nie mówiących, przynajmniej mnie, bo nie znam tego wiersza. Ale dwujęzyczny Eliot stoi mi na półce, zajrzyjmy:
„Cztery kwartety” to całość stworzona z czterech wierszy. Czosnek i szafiry znajduję w pierwszym z nich, w „Burnt Norton”, i to w środku, nie na końcu. Tu można go przeczytać: http://beau.blox.pl/tagi_b/180451/Eliot-T-S.html
 Wydaje mi się, że cytat w książce Ruth Reichl nie ma żadnego związku z treścią wiersza Eliota. No, owszem – czosnek i szafiry w błocie – to nośne, efektowne porównanie; coś drogocennego (jak bohaterka książki) rzucone w błoto codzienności, często przejmuje jego najgorsze cechy, zatraca swą drogocenną doskonałość. Ale cytowany wiersz Eliota jest o czymś zupełnie innym. To rozważanie o czasie i wieczności i jednocześnie podsumowanie ewolucji twórczej artysty (tak uważają znawcy jego poezji).
Ruth Reichl wykorzystała po prostu jego efektownie brzmiące słowa do swoich celów.
Cóż, bywa i tak.



poniedziałek, 12 sierpnia 2013

"Przepiórki w płatkach róży" Laura Esquivel

Dawno nie zamieściłam tutaj żadnej recenzji, a przecież to jedno z moich ukochanych wyzwań i książek już się trochę nazbierało :)



Pierwszą, którą przeczytałam w tym roku (czyli dawno, bo w styczniu!) była wielokrotnie pojawiająca się po rzuceniu hasła "kulinaria w książkach", powieść Meksykanki Laury Esquivel.

Akcja powieści rozgrywa się w Meksyku w czasie walk, których echa w różnym stopniu dotykają rodziny głównej bohaterki Tity (jeden z ciekawszych wątków to ten, gdy siostra Tity - Gertrudis ucieka do żołnierzy). Ale jednak ich dom jest raczej z dala od bardziej dramatycznych wydarzeń. Tita jest najmłodszą z trzech sióstr wychowywanych samotnie przez mamę Elenę. I jako najmłodsza, zgodnie z jakimś dziwnym zwyczajem, ma zostać przy matce i opiekować się nią do śmierci. Nieważne, że o rękę Tity zabiega zakochany w niej Pedro. Przyjmuje on propozycję matki i żeni się z siostrą Tity - Rosaurą, tylko w ten sposób może być blisko ukochanej. Jednak cały czas niedoszli kochankowie-małżonkowie są pod ostrzałem reszty rodziny, nie wolno im zostawać sam na sam, nie wolno im rozmawiać na osobności, Jedyną metodą na porozumienie staje się jedzenie. Jedzenie, którego przygotowywanie leży w gestii Tity, jedzenie, z którym wiążą się tajemnicze okoliczności narodzin Tity, jej wychowanie i jej dziwne moce. Do czego to doprowadzi? Czy Tita i jej ukochany doznają kiedykolwiek spełnienia? Jaki los czeka rodzinę, w której skryte są różne tajemnice? Czy kolejne pokolenia również będą 'naznaczone'? Czy Esperanza, córka Rosaury i Pedra będzie musiała powtórzyć los Tity?

Bardzo podobała mi się historia opowiedziana przez Laurę Esquivel. Dziękuję za wszystkie polecenia - sprawdziły się zdecydowanie. Ta książka to wspaniałe połączenie tego, co lubię - sagi rodzinnej, niezwykłe j niełatwej historii miłosnej i ... kulinariów. Pięknie pokazane jest tu, jak wielką moc mają potrawy, dobór składników, przyprawy i to z jakim uczuciem je przygotowujemy. Każdy rozdział poprzedzony jest przepisem na potrawę, która jest dla tego rozdziału kluczowa.

Ciekawi bohaterowie to również wielki atut - bohaterowie podejmujący niesztampowe decyzje, bohaterowie szlachetni (cudowna postać doktora Johna) i kompletnie pozbawieni dobrych ludzkich cech. Bardzo zresztą kobieca to powieść, bo przecież trzy siostry i ich matka są samym sednem opowieści, są silne i władcze (każda na swój sposób), co trochę dziwne w kontekście kultu "macho" charakterystycznego dla latynoskiego kręgu kulturowego.

I nie przeszkadzały mi wcale inne, charakterystyczne dla literatury iberoamerykańskiej cechy. Ani bardzo dosłowny naturalizm, ani 'magiczność', której zazwyczaj nie lubię. Tu dałam się magii porwać w tą odległą w czasie i przestrzeni krainę, gdzie uczucia są najważniejsze. I Wam, jeśli jeszcze nie znacie tej historii, zalecam to samo :)


Spis przepisów:
- Gwiazdkowe bułeczki
- Tort weselny chabela
- Przepiórki w płatkach róży
- Mole z indyka z migdałami i ziarnem sezamowym
- Kiełbasa na sposób północny
- Zupa ogonowa
- Champandongo
- Czekolada
- Kołacz na Święto Trzech Króli
- Torrejas
- Fasola na sposób tezcucański
- Chile w sosie orzechowym

czwartek, 1 sierpnia 2013

Literatura od kuchni – wrażenia subiektywne

Bogusław Deptuła i jego „Literatura od kuchni” – to recenzje przeczytanych przez niego lektur, w których szczególną uwagę zwracał na obecność wątków kulinarnych.


A oto moja recenzja jego z kolei książki:)
Wrażenie pierwsze – pozytywno-nieco przerażone
O rany! Jakie książki ten facet czyta! O wielu tych autorach nawet nie słyszałam: M. Houellebecq, P. Quignard, Z. Valdes, J.K. Huysmans, J. Pontormo…. A myślałam zawsze o sobie, że jestem dość oczytana:(
Wrażenie pierwsze „a” – pozytywne – jeśli chodzi o dobór książek recenzowanych. Dość już mam antologii, które cytują opis bigosu w „Panu Tadeuszu”. Wreszcie o czymś nowym można przeczytać!

Wrażenie pierwsze „b” – bardzo pozytywne i pocieszające, bo wśród omawianych lektur znalazłam też książki, które znam! Szymborska, Proust, Czechow, Hrabal, Capote…. Ba! Jest nawet literatura dla dzieci, też mi znana: J. Brzechwa z „Pchłą Szachrajką”, T. Jansson i jej „Muminki”, Z. Nienacki z „Panem Samochodzikiem”.

Wrażenie drugie – bardzo pozytywne jeśli chodzi o konstrukcję książki; zestawienie recenzowanych dzieł w tematyczne menu to świetny naprawdę pomysł. Autor tak o tym mówi: „… wymyśliłem dwanaście literackich jadłospisów, które wydały mi się całkiem wciągające. Czytelnik może sobie przygotować cały obiad w jednorodnym stylu: powieściowym, kryminalnym, absurdalnym...”

Mnie najbardziej się podobało menu podróżne z gazpacho, kotletem Pożarskiego i ciastkiem ponczowym.

Wrażenie trzecie – mieszane, jeśli chodzi o kulinarne prezentacje dokonań autora na bazie przeczytanych lektur.  Owszem, przepisy są ciekawe, na temat, widać, że wypróbowane, ale…. ja mam niedosyt. Nie, żebym się czepiała, nie, nie! Ale ideałem byłoby dla mnie wyszukanie przepisu „z epoki”, niechby nawet nie był przez autora wypróbowany, ale niechby był autentyczny. Autor nie podaje też źródeł prezentowanego przepisu, a wiadomo przecież że nie wymyślił sam przepisu na przykład na magdalenki; skądś go wziął, skąd?? Piszę akurat o magdalenkach, bo najpierw długo przedzierałam się przez test Marcela Prousta, a potem bardzo długo szukałam przepisu na to ciasteczko, takiego żeby nie trzeba było wyskrobywać go z karbowanej blachy o kształcie muszelek!  Mimo, iż w końcu znalazłam satysfakcjonujący mnie przepis, i zdobyłam blachę teflonową do magdalenek, mam w planie wypróbować przepis podany przez p. Deptułę:)

Aczkolwiek – uzupełniając swoją powyższą uwagę chcę uczciwie zaznaczyć, że autor zamieszcza wśród źródeł cytatów również zestawienie książek, z których czerpał kulinarne inspiracje. I powiem wam, że wymieniane przez niego pozycje polskojęzyczne – wszystkie mam! Ale marzy mi się jakiś przepis, ot, choćby z podanej przez autora jako źródło, książki kulinarnej Aleksandra Dumasa – cóż, wydanej w nieznanym mi, niestety, języku francuskim.

Podsumowanie – tak czy inaczej – kulinarny smakosz powinien po tę książkę sięgnąć ! i cieszyć się jej smakiem:)

poniedziałek, 8 lipca 2013

Kuchnia duchów



Na moim kulinarnym regale pojawiła się nowa książka: Kuchnia duchów – autorstwa Jael McHenry (amerykańskiej blogerki – www.simmerblog.typepad.com – ale wpisy skończyły się na tam początku 2012 roku).







Sama nie wiem, czy chciałabym polecać tę książkę.
Powie mi więc ktoś: nie wiesz – to nie pisz! Niby logiczne. Ale jednak nie zgadzam się z takim podejściem. Przeczytałam, to powiem, co myślę. W końcu nie muszę być pewna, nie muszę być na „tak” albo na „nie”.
A więc książkę czytałam z zainteresowaniem i chwilami ze wzruszeniem; ewidentnie wciągała w swój nurt, i od początku sympatyzowało się z bohaterką.  Jednak pomysł „kulinarny” był dość karkołomny. No bo pomyślcie: naszą Ginny, mającą zresztą problemy psychiczne (odmiana autyzmu), odwiedzają duchy zmarłych, kiedy gotuje ich potrawy, z przepisu spisanego przez nich własnoręcznie kiedyś tam. I przekonuje się nas, że to naprawdę prawda.
 Trochę naciągane, myślę. Jednak pomysł na „około kulinarną” książkę był ciekawy. Bo przecież potrawa – jej smak, zapach, wygląd, sposób przygotowania – jak najbardziej mógł przywoływać wspomnienie tych co odeszli. Ale jednak TYLKO wspomnienie.
A prezentowane tu potrawy? Nie one są najważniejsze.  Krzątanina w kuchni jest terapią, pomaga bohaterce przystosować się do życia w społeczeństwie. Niektóre przepisy są banalne: jajko na twardo, omlet, czy gorąca czekolada.  Zainteresował mnie właściwie jeden przepis: na toskańską zupę ribollitę. Przepis na nią pochodzi od włoskiej niani bohaterki. Chyba jednak bardzo zamerykanizowana była ta niania, bo nie przejmuje się zbytnio oryginałem przepisu i zamiast obowiązkowej czarnej kapusty -  używa do gotowania tej zupy jarmużu. Na szczęście przepis na ribollitę pojawia się raz jeszcze na końcu książki, tym razem zgodny z toskańskim kanonem, a wypracowany jest przez samą Ginny, która spisała efekt swoich prób i przestudiowanej literatury przedmiotu. Popatrzcie:

„Ribollita Ginny
4 ząbki czosnku, 4 szalotki pokrojone w plasterki, pół szklanki ugotowanej białej fasoli, pół szklanki ugotowanej cieciorki, puszka pomidorów w zalewie, bulion z kurczaka, ¼ główki kapusty pokrojonej w paski, 1-2 łyżki świeżego oregano, 2 szklanki pokrojonego w kostkę chleba, oliwa z oliwek, pół szklanki parmezanu, sól, czarny pieprz.
Czosnek na dnie płytkiego rondla już się złoci. Muszę działać zanim się zrumieni. Wlewam bulion, dodaję szalotki i posiekane oregano, zwiększam płomień. Tak jak być powinno. Wszystko po kolei. Pieprz, dwa rodzaje ugotowanej na miękko fasoli. Pomidory. Na końcu pokrojoną w paski kapustę. Przykrywam rondel, chroniąc zawartość przed wyparowaniem i pozwalam zmieszać się smakom.
Na osobnej patelni  ostrożnie opiekam na oliwie kostki chleba, obracając je na wszystkie strony, potem wykładam na papierowy ręcznik do wystygnięcia. Tuż przed podaniem mojej ribollity dodam tarty parmezan, a na wierzchu ułożę grzanki. Od grudnia przeczytałam i wypróbowałam kilkanaście różnych przepisów na ribollitę, ale to jest moja ulubiona wersja. Stosuję składniki i proporcje, jakie lubię. Efekt finalny jest dziełem jednej osoby. Trochę w nim Nonny, trochę innych osób, których w ogóle nie znam. I w końcu trochę Ginny.”

Myślę, że przepis wart jest wypróbowania. Zrobiłam go, ale – podobnie jak Ginny - też „po swojemu”. Dodałam łodygę selera naciowego, oregano miałam tylko suszone, a zalewałam warzywa wodą spod gotowania fasoli, nie bulionem. I połowę fasoli zmiksowałam. I sprawa podania. Istotą ribollity jest odgrzewanie, ono decyduje o smaku. Więc w pierwszy dzień po ugotowaniu dodałam do zupy grzanki i zostawiłam na noc. Dopiero na drugi dzień, po odgrzaniu, jadłyśmy z mamą tę zupę. Wyszło świetnie i smacznie, nawet mama, która jest dość tradycyjna, nie marudziła, tylko wsuwała ją ze smakiem.



Czytając tę książkę, pomyślałam sobie jeszcze, że – aczkolwiek to absurdalne – ale mnie łatwo byłoby przywołać „na przepis”, bo zupełnie sporo mam w swoim zeszycie kulinarnym przepisów spisanych własnoręcznie:) mam też własnoręczne przepisy mamy, siostry, koleżanek. Myślę, że czas  zgromadzić je w jednym miejscu i założyć specjalny zeszyt domowych przepisów.