Strony

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Czy wiesz, co jesz? Julita Bator - "Zamień chemię na jedzenie"

Warto zastanowić się nad prostym faktem, że skoro kupując telewizor, auto, telefon nie bierzemy pierwszego z brzegu modelu, byle tańszego, to analogicznie powinno być również z jedzeniem, które spożywamy. Do podobnej konkluzji doszła Julita Bator w publikacji „Zamień chemię na jedzenie.”


Kiedy przeczytałam wyżej wymienioną książkę, stwierdziłam, że tak naprawdę nic w niej odkrywczego. Chwilę później zmieniłam jednak zdanie, kiedy przypomniałam sobie moje kompulsywno-maniakalne czytanie etykiet i wyciąganie żurawia do obcych koszyków. Może i ja wiem, że dany produkt bardziej nadaje się do śmietnika niż na obiad, ale nie każdy może zdawać sobie z tego sprawę. I właśnie dla obojętnych na wiedzę lub „nieuświadomionych” - ta książka będzie świetnym wprowadzeniem do mądrych, świadomych wyborów przed sklepową półką.

Julita Bator przez 20 rozdziałów po kolei rozprawia się: z chorobami własnych dzieci spowodowanych spożyciem śmieciowego jedzenia, tropi przestępców, czyli dodatki do żywności, dochodzi do wniosku, że cukier jest wszędzie (nie zawiera go może jedynie… sól ;)), zastanawia się nad zapachem warzyw i sposobach przemytu w daniach dla tych, którzy boją się ich jak przysłowiowy diabeł święconej wody, zastanawia się, parafrazując bohatera filmu Barei: ile mięsa jest w mięsie, omawia nieprzydatne dodatki (benzoesan sodu, glutaminian sodu, siarczyny i azotyny oraz ich pochodne, tartrazynę, dwutlenek siarki i kwas sorbowy), będące źródłem największych zdrowotnych problemów oraz postuluje o powrót do starych dobrych czasów, kiedy zimową porą szafy pękały w szwach za sprawą słońca w słoikach, czyli wekach.

Z tego miejsca zaznaczam, że autorka nie jest wojującym ekologiem, ale poszukiwaczem złotego środka, czyli sposobu na to, jak kupować i co jeść, aby nie zaśmiecać organizmu szkodliwymi dodatkami i jednocześnie nie zbankrutować. Po lekturze każdy już będzie wiedział, że między zdrową żywnością i wysoką ceną niesłusznie stawia się zawsze znak równości. Nie musi tak być, wystarczy trochę się wysilić i początkowo poczytać nieco więcej, niż podczas zwykłych, dotychczasowych zakupów. Bo czy zastanawialiście się czasem nad dziwną zależnością, że im produkt ma więcej składników, tym mniej kosztuje? Przecież to zaprzeczenie ekonomii. Czy producent jest dla nas aż taki hojny, czy może jednak robi nas w bambuko?

Książkę gorąco polecam wszystkim - zarówno tym czytającym etykiety, jak i je lekceważących.
A jeżeli chcecie wiedzieć, jak wyglądają moje zakupy, zapraszam na Czytelniczego, aby przeczytać rozszerzoną recenzję oraz na Koty Kuchenne Oczka, aby zobaczyć, jak to wygląda... na obrazku ;)

Pozdrawiam
Oczko

czwartek, 23 stycznia 2014

Płetwa rekina i syczuański pieprz



Wydawało mi się, że lubię kuchnię chińską: te ich pierożki, szkliwione zupy, czy rewelacyjne gufrowane makarony. Oczywiście, zdawałam sobie sprawę, że znam mocno zeuropeizowaną wersję tej kuchni.
Tak było do czasu, kiedy wpadła mi w ręce książka Brytyjki, Fuchsii Dunlop pt. „Płetwa rekina i syczuański pieprz”, nosząca podtytuł: Słodko-kwaśny pamiętnik kulinarny z Chin.




Zobaczyłam ją w sieciówce, w koszu z przecenami. To już była druga przecena; 6,90 zł – czemu nie? - pomyślałam. To przyzwoita cena dla kota w worku – bo przecież nic nie wiedziałam ani o autorce, ani o zawartości książki.
O.k. Kupiłam, przeczytałam, w ciągu 3 dni praktycznie, a ma przeszło 340 stron – czyli szybciutko, prawda? I teraz sama nie wiem.
Książka jest dobra, interesująca, wciągająca, rzetelna i bez przemilczeń. Dlatego jest drastyczna momentami. Jak autorka pisze o potrawie z ryby, którą zobaczyła na targu – no to pisze dokładnie, co się z tą rybą dzieje, zanim trafi na talerz. Cóż, nie jest hipokrytką. Jeśli więc ktoś chciałby po tę książkę sięgnąć – wie, co tam znajdzie.
Książka zachwyciła mnie autentycznością i odnalezieniem świata, który nie jest jeszcze zglobalizowany. Znalezienie zakątka, enklawy, gdzie gotowaniu według miejscowych zasad i tradycji poświęca się tyle czasu i staranności – graniczy z cudem.
Fuchsia pokazała nam świat „daleko od szosy”, choć, niestety, on już też ginie, odchodzi w przeszłość. A że jest on dla większości z ludzi niedostępny (z uwagi na uwarunkowania polityczne Państwa Środka i koszmarną odległość), więc relacja stamtąd kusi.
Decyzję zakupu książki podjęłam również dlatego, że zaraz na pierwszych stronach książki zamieszczona była mapa, z zaznaczeniem miejsc, gdzie autorka przebywała. To taki autentyczny, czytelny sygnał: popatrzcie: tu mieszkałam – zobaczcie, jak dlatego to jest od Pekinu czy Hongkongu; może znacie wielkie, chińskie miasta, ale co wiecie o chińskiej prowincji i jej wspaniałej kuchni? Zapraszam!

Nie wiem, czy byłabym w stanie zjeść wszystko to, co jadła i czego próbowała autorka: te wszystkie chrząstki, gumowate ścięgna, galaretowate podroby, mózgi, itp. I dlatego nie wiem, czy lubię/lubiłabym autentyczną chińską kuchnię.
Ale walor poznawczy książki jest nie do przecenienia.
I ci ludzie – tak otwarci na przyjęcie cudzoziemki i pokazanie jej wszystkich tajników swojej kuchni, a z drugiej strony – tak zamknięci na kuchnię Zachodu, którą chciała Brytyjka im pokazać.
Jest w książce garść przepisów, ale póki co, nie planuję porywać się na nie, głównie z uwagi na brak oryginalnych składników. No i nie bardzo wierzę w swoje umiejętności, choćby w zakresie precyzyjnego krojenia składników, co w potrawach chińskich ma kluczowe dość znaczenie. No – chyba że potraktuję te przepisy jako luźną inspirację….
I jeszcze ciekawa jestem, czy umiałabym posługiwać się w kuchni tasakiem – autorka mówi, że teraz to jedyny właściwie jej nóż w kuchni, także po powrocie do Londynu.
Jeszcze słówko o tytułowym pieprzu syczuańskim, który pieprzem właściwie nie jest.


Tą tak cenioną przyprawą nie są ziarna, lecz same łupinki owoców drzewa pieprzowego. Często nazywany jest ten pieprz kwiatowym.
Tak pisze o nim autorka:
„Powietrze w sadzie ma hipnotyzujący cytrusowy zapach. Guzełkowate zielone jagody zaczynają dopiero różowieć i pojedynczo lub po dwie czepiają się kolczastych pni drzew. Zrywam kilka ziarenek pieprzu i rozcieram je w dłoniach. Aromat szybko wypełnia powietrze wokół mnie. Jest wszechogarniający, świeży i pobudzający, pachnie lasem i dzikością. Zamykam oczy. Wkładam odrobinę pieprzu do ust. Jego zielony świeży smak natychmiast ściąga język, a w kilka sekund później nadchodzi mrowienie. Pieprz syczuański daje to niezrównane doznanie odrętwiałego języka, musowanie, które zaczyna się ukradkiem i rośnie do porywającego, zapierającego dech, nawet dwudziestominutowego apogeum, a potem powoli, stopniowo ustępuje. Jest silniejsze niż się spodziewałam, i zaskoczona wybucham śmiechem. Przez całe lata marzyłam o spróbowaniu pieprzu syczuańskiego prosto z drzewa i oto jestem w Qingxi, gotowa śpiewać z radości.”

poniedziałek, 20 stycznia 2014

N.M.Kelby "Biale trufle"


 Ksiazka, ktorej bohaterem jest Auguste Escoffier- slynny francuski kucharz, ktory w XIX w. zrewolucjonizowal kuchnie. Byl tworca wielu slynnych dan i tworca nowoczesnych restauracji przyhotelowych- zwiazany z londynskim hotelem Ritz i parsykim Carltonem. Chyba kazdemu z nas zdarzylo sie uslyszac o melbie brzoskwiniowej? Glowna rewolucja w kuchni byl sposob podawania potraw, odejscie od ciezkich zawiesistych sosow, gotowanie oparte na intuicji... Ale chyba zaraz rozpisze sie o kuchni zamiast o ksiazce  ;) Zainteresowanych odsylam do mojego kulinarnego bloga ;) www.zkartoflanegopola.blox.pl
Bohaterem ksiazki jest nie tylko sam slynny kucharz, ale i jego zona- oboje juz w podeszlym wieku, na progu smierci, schorowani, pogrozeni w dlugach... Pozostaje jedynie jedna wierna sluzaca Sabine, ktorej slynny mistrz przekazuje tajniki gotowania. Przekazuje jej rowniez ostatnie swoje dzielo- potrawe przygotowana z mysla o zonie, potrawe, ktora mialaby ocalic ja od zapomnienia, ktorej podstawa sa biale trufle.
Ksiazka czytala sie dosc nierowno- fragmenty o gotowaniu, o sztuce kulinarnej zachwycaly. Byla to tez ksiazka o historii, o trudnych czasach, o przyjazni kucharza ze slynna aukorka Sarah Bernhard. Niektore pasaze przytlaczaly, robilo sie tej ogolnoswiatowej historii za duzo, za ciezko. Ogromnie podobalo mi sie zakonczenie i symboliczen znaczenie bialych trufli. Ten wlasnie niezwykly,  rzadki i bardzo cenny skladnik Escoffier uczynil najwazniejszym w ostatnim swoim daniu poswieconym zonie. Slawa i warosc polozone na solidnych podwalinach- bo w daniu skomponowanym z prostych skladnikow dopiero wierzcholek to to, co najcenniejsze, ale bez solidnej podstawy pewnie by go w ogole nie bylo. Gdyby nie zona Escofier nie zaszedl by az tak daleko. Zona, z ktora przez wiele lat mieszkali osobno, a ktora wspierala go z daleka przejumjuc ciezar troski o dom, rodzine i wychowania dzieci. Czy jednak to danie rzeczywiscie jest warte niesmiertalnosci? I kto o tym zadecyduje?
Polecam ksiazke nie tylko fascynatom gotowania. Naprawde zajmuje nie tylko w warstwie fabularnej ale i warstwie symbolicznej.

Literatura od kuchni 2: co ma cytat do jedzenia? ;)


„Z dziennikarstwem zetknął się, siedząc nad pajdą chleba i ociekającym tłuszczem saucission. Chleb był dobry, upieczony bez drożdży – wyrósł siłą własnego ciasta, w ogrodowym piecu Partridge’a. Wokół domu Partridge’a unosiły się zapachy przypalonej mąki kukurydzianej, ściętej trawy i pieczonego chleba.
Saucission, chleb, wino, opowieści Partridge’a… Z ich powodu przegapił okazję złapania pracy, która mogła mu dopomóc w przyssaniu się do nabrzmiałej piersi biurokracji.”
(Annie Proulx – „Kroniki portowe”)



Czy Wy, podobnie jak ja – jesteście tropicielami cytatów w książkach? 
Kiedyś wypisywałam wszystkie, które mnie zachwyciły. Kilkanaście lat temu był z tego niezły pożytek podczas pisania wypracowań na języku polskim. Uzbierało się z nich kilka grubych, zdaje się 96-kartkowych zeszytów. Potem tę czynność zaniechałam, a od kilku lat tropię w powieściach aspekty kulinarne. Okazuje się, że nie tylko powieści kulinarne w nie obfitują. Powyższy cytat jest jednym z nich.

Po więcej oraz po kilka ciekawych kulinarnych linków – zapraszam na Czytelniczego :)

A może macie jakieś swoje ulubione cytaty kuchenne? ;)

Pozdrawiam 
Oczko


poniedziałek, 6 stycznia 2014

Literatura od kuchni, czyli kuchenno-literacki wpis otwierający Oczka ;)

Mamy dzisiaj piękny, wiosenny dzień w środku zimy. I tak samo, jak jest ciepło - również i ciepło witam się tutaj jako nowa – z współtwórcami i czytelnikami.

Prowadzę blog Czytelniczy, na którym piszę nie tylko recenzje przeczytanych książek, ale staram się trzymać rękę na pulsie jeżeli chodzi o literackie nagrody i wydarzenia około książkowe. Lubię też śledzić wydarzenia w Warszawie i jeżeli uda mi się z któregoś skorzystać (np. wymiany książkowe w Kordegardzie) – również czasem o tym wspominam słowem i obrazem.
A propos kuchni - co sobotę na blogu pojawia się kolejny odcinek cyklu "Kulinarni czytają", w którym zaproszeni blogerzy kulinarni odpowiadają, jakie książki lubią czytać (nie tylko kulinarne).

Natomiast moje czytelnictwo kulinarne, to w pewnym sensie pochodna prowadzenia bloga kulinarnego i tego, że lubię gotować. Siłą rzeczy o jedzeniu lubię również czytać ;) I to nie tylko powieści kulinarne - lubię również w prozie każdego z gatunków, które zdarza mi się czytać wynajdować kulinarne akapity ;)

Jako wpis otwierający moją tutaj działalność ;) zapraszam Was do niedawno opublikowanego posta na Czytelniczym pn. „Literatura od kuchni, czyli rzecz o powieściach i cytatach kulinarnych”.



A kiedy już go przeczytacie – zapraszam pod kolejny link z recenzjami trzech kulinarnych powieści.



Pierwsza „Recepta na miłość” Barbary O’Neal.
Opowieść skupia się głównie na emocjach trzech kobiet: Ramony (właścicielki małej piekarnii), Sofii (jej córki) i Katie (pasierbicy Sofii). Każda z nich ma swoje problemy i marzenia.  I nie są one wyłącznie natury miłosnej, co mylnie może sugerować polski tytuł książki. Zdecydowanie trafniejszym jest tytuł oryginału, który brzmi: „How to Bake a Perfect Life”.
Jak zachwycać się prostotą, jak zaszczepić w sobie pasję, jak nauczyć się zaufać, do czego warto dążyć – o tym właśnie jest ta książka. Oraz o tym, że warto być w życiu odważnym – na przekór przeciwnościom losu i sprzeciwu bliskich. I mimo że napisałam we wstępie, że książka napisana jest w nieco naiwnym stylu z obowiązkowym dla tego typu opowieści szczęśliwym zakończeniem – jej lektura częstuje naprawdę sporą pajdą pozytywnych emocji.

Druga „Tost. Historia chłopięcego głodu” Nigela Slatera jest Wam zapewne znana z filmu pod tym samym tytułem nakręconym na podstawie recenzowanej książki.
„Tost…” to kulinarna biografia brytyjskiego kucharza Nigela Slatera opowiadająca o jego trudnym czasie dorastania, relacjach z rodzicami i rywalizacją z macochą o względy ojca, a także o pierwszych krokach stawianych w kuchni, a potem w gastronomicznej branży. A wszystko to w czasach, kiedy żywność instant, jedzenie z puszek i kolorowe słodycze przebojem wchodziły do kuchni brytyjskiej lat ’60-tych XX wieku.

Trzecia „Białe trufle” N.M. Kelby – to zbeletryzowana biografia najsłynniejszego bodaj kucharza, który na początku ubiegłego wieku nieźle namieszał nie tylko w garach, ale przede wszystkim w kulinarnym świecie. Przemodelował sposób funkcjonowania restauracyjnej kuchni, zmienił styl podawania potraw w restauracji, stworzył wiele znanych do dziś potraw, a także rozpropagował na całym świecie kuchnię francuską. Nie nosił przy tym w kuchni tradycyjnej czapki kucharza, gdyż potrafił przyrządzić jajko na więcej sposobów, niż udałoby się w niej ułożyć zakładek ;)
Opowieść śledzi życiorys kucharza od początków jego kariery, przez sukcesy, zawirowania w życiu rodzinnym i miłosnym, wymienia jego pomysłowe rozwiązania, które na dobre przyjęły się w restauracyjnym i gastronomicznym świecie (ot na przykład wykorzystanie puszek do dłuższego przechowywania żywności), aż po trudną starość spędzoną nieco w zapomnieniu i ubóstwie (porównując jego wcześniejszą finansową pozycję).

To tak w skrócie ;) Po szersze recenzje zapraszam na dzisiejszy, jeszcze ciepły ;) wpis na Czytelniczym.

Pozdrawiam
Gosia Oczko